Kości zostały rzucone. Niby okoliczności troszkę inne od tych, w których słowa te zostały użyte po raz pierwszy, ale sentencja ta jakoś sama przyszła mi na myśl, gdy otrzymałem wiadomość o propozycji złożonej Radzie Izby Gospodarczej „Wodociągi Polskie” przez prezesów firm wodociągowych z Warszawy i Krakowa. Nawiązuję tym samym do mojego tekstu sprzed bodaj dwóch miesięcy, kiedy to poruszałem m.in. problem zmiany reprezentacji we władzach tejże Izby. Ale o co chodzi, wielu z Państwa spyta, więc już spieszę odpowiedzieć.

Otóż na jednym z ostatnich posiedzeń wyżej wzmiankowanej Rady prezesi Brzuchacz z Warszawy i Langer z Krakowa (serdecznie Was, panowie, pozdrawiam i trzymam za Was kciuki) złożyli propozycję zmiany Statutu Izby w zakresie reprezentacji poszczególnych firm w organach Izby. Ale jako że honorowi to ludzie, równocześnie zaproponowali zwiększenie składki członkowskiej tym firmom, które będą posiadały zwiększone uprawnienia w ramach Izby. Projekt rozwiązania problemu reprezentatywności w obrębie branży w Izbie zakłada ustanowienie kilku grup firm, w zależności od ich wielkości. Jest to tym samym quasi-reprezentacja klientów poszczególnych firm wodociągowych. Myślę, że jest to interesujące rozwiązanie, które równocześnie pozwala wyjść z zamkniętego kręgu ogólnej niemocy sprawczej. Sprawa jest jednak delikatna, choćby ze względu na fakt, że do dotychczasowych rozwiązań wszyscy zdążyli już się przyzwyczaić i część z pewnością będzie bronić status quo jak niepodległości. Z drugiej zaś strony – potrzebny jest dość szeroko zakrojony konsensus, by ustanowić nowy porządek prawny w Izbie. Porządek, który – moim zdaniem – da Izbie szansę uniknięcia marginalizacji.

Tempora mutantur

Izba ma już blisko dwadzieścia lat i zakładana była w czasach, gdy świat wyglądał diametralnie inaczej niż ten dzisiejszy. Inne też były zasady funkcjonowania firm – i to nie tylko tych wodociągowych. Stworzenie Izby pozwoliło na skupienie większości firm w jednej organizacji i dało szansę na podtrzymanie pomiędzy firmami więzi, które powstały jeszcze w poprzednim systemie politycznym. Za ten wysiłek i perspektywiczne myślenie jeszcze raz dziękuję panu Józefowi Wiśniewskiemu. Czas jednak płynie i wiele się w Izbie zmieniło, poza właśnie tym jednym, czyli sposobem reprezentacji. Czas teraz zmienić tę, chyba już ostatnią, pozostałość nieprzystającą do wymogów dnia dzisiejszego.

Dzisiaj bowiem już nie zależy nam na spotkaniu z ministrem ani na objęciu patronatem tej czy innej imprezy – ważny jest dla nas realny wpływ na kreowane prawo, w szczególności to, które bezpośrednio dotyczy funkcjonowania naszych firm. Jest to możliwe wyłącznie wówczas, gdy żadna z naszych firm nie będzie marginalizowana i gdy poziom naszej reprezentacji będzie w pełni profesjonalny. Dzisiaj liczy się czas oraz jakość. Jakość dotycząca sposobów argumentacji, właściwego prezentowania swoich racji czy też wreszcie współpracy z mediami. Nie zawsze bowiem to, co medialne i głośne, właściwie służy dialogowi i osiąganiu końcowego sukcesu.

Dum spiro, spero…

Swego czasu powiedziałem w firmie, że u nas jedyną rzeczą niezmienną są zmiany. Pewnie jest w tym trochę przesady, niemniej jednak ważne jest to, by być otwartym na zmiany i nie bać się ich. Uparte trzymanie się dotychczasowych rozwiązań i pozycji nie jest metodą na osiąganie sukcesu. Czasem mam wrażenie, że my jako branża jesteśmy porażeni syndromem oblężonej twierdzy. Nic bardziej błędnego. Jest bowiem całkiem spore oczekiwanie na konstruktywny dialog i otwartość na nowe rozwiązania, które jednak muszą charakteryzować się realnością i braniem pod uwagę różnych stron widzenia tego samego problemu.

Jesteśmy jako branża na zakręcie, a na tym samym wózku jedzie z nami Izba. Jest szansa, że to właśnie Izba będzie trzymała kierownicę i że pozostanie jeden kierowca tego wózka. Nic jednak za darmo. Musimy się zmierzyć z własnymi słabościami i ambicjami – trzeba tylko mieć w sobie wystarczającą odwagę, samokrytycyzm i mimo wszystko dobrze pojętą skromność. Bylebyśmy nie zakrzyknęli, jak to czasem mamy w zwyczaju: „hajda na koń” i „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Bo wiemy, dokąd nas prowadzą takie sentymenty – mieliśmy okazję przekonać się o tym w bardzo wielu wzniosłych i nieudanych powstaniach, mówi o tym nasza smutna historia. Ale ta nie musi przecież się powtarzać.

Paweł Chudziński, prezes Aquanet

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj