Nie będzie to tekst o problemach szkolnych. Raczej o świadomości konsumentów i o tej części biznesu, która wciąż działa i zarabia, bazując na neokolonialnej degradacji ekologicznej i społecznej. Rzecz będzie o ananasach – kupowanych przez konsumentów w zamożnych krajach Zachodu po kilka dolarów, euro czy złotych. Konsumenci się cieszą, kupując i jedząc świeże (nie z puszki), słodkie i soczyste owoce.

Wiedza, jak te owoce są produkowane i jakim kosztem, im nie przeszkadza, bo jej najczęściej nie mają. Na podstawie sytuacji w Kostaryce, opisanej przez „The Guardian” (w artykule przetłumaczonym w grudniowym „Forum”*), można wnioskować, że warunki przemysłowej uprawy ananasów są wszędzie podobne. To bardzo chemiczna uprawa, wymagająca utrzymania monokultury w środowisku tropikalnym, które w stanie naturalnym znane jest z niezwykle bogatej bioróżnorodności. Ananasy wymagają ok. 20 kg aktywnego składnika pestycydów na hektar. Stosuje się kilka rodzajów środków, niektóre kilkakrotnie, niebezpiecznych dla środowiska i ludzkiego zdrowia. Wiele z nich jest zakazanych w bogatych krajach Zachodu.

Pod uprawy często wykorzystuje się obszary, gdzie do niedawna rosła puszcza tropikalna, stanowiąca ostoję różnorodności biologicznej i płuca Ziemi, produkująca tlen i wychwytująca ocieplający klimat CO2.

Jak wygląda ta produkcja od strony społecznej? W skali makro wszystko wydaje się piękne. W Kostaryce sektor ten zatrudnia ponad 25 tys. ludzi, a pośrednio dostarcza dalszych 100 tys. miejsc pracy. Jednak w skali pojedynczych ludzi, ich warunków pracy i zarobków jest już mniej kolorowo. Organizacje konsumenckie w Wielkiej Brytanii policzyły, do kogo trafia 1 funt wydany na ananasa. Otóż 41 pensów do detalisty (sklepu lub marketu), 38 pensów do międzynarodowego koncernu handlowego, 17 pensów – do właściciela plantacji, a zaledwie 4 pensy do pracowników plantacji. A sytuacja tych ostatnich jeszcze się pogorszyła: marne wynagrodzenie zaczęto im obniżać (często o połowę!), gdy dwa amerykańskie koncerny, znane nam z etykietek na ananasach (Del Monte i Dole), rozpoczęły wojnę cenową o zdobycie nowych klientów.

Duzi właściciele plantacji, monopolizujący produkcję, blokują samoorganizację pracowników i powstawanie związków zawodowych. Gdy zdarzyło się, że jakaś grupa pracowników podpisała deklarację związkową, zwalniano ich wszystkich. Ci z nich, którzy zrezygnowali z działalności, byli z powrotem zatrudniani za połowę wcześniejszej płacy, reszta nie miała powrotu. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, iż ok. 60% pracowników to Nikaraguańczycy. Wielu z nich pracuje „na czarno”, więc mają niewielkie szanse na jakąkolwiek ochronę swoich praw.

Mamy tu też międzynarodowy kontekst „pomocowy”, który każe zastanowić się, czy zawsze „pomoc” okazuje się „pomocą”. Rozwój produkcji ananasów był elementem nowej wizji Kostaryki, promowanej przez Agencję Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID) w ramach programu „Żywność dla pokoju”. Agencja, w porozumieniu z Bankiem Światowym, wspierała milionami dolarów preferencyjnych pożyczek wzrost eksportu żywności do USA i Europy w zamian za możliwość tańszego importu amerykańskiej kukurydzy, fasoli i ryżu. Tu też, w skali makro, wszystko całkiem ładnie wygląda. Ale w efekcie mamy tutaj ewidentną sytuację produkcji niezrównoważonej – szczególnie widoczną i jaskrawą w kontekście zasady zrównoważonego rozwoju, przyjętej przez państwa ONZ na konferencji w Rio do Janeiro w 1992 r. Interesy gospodarcze dominują nad względami ekologicznymi i społecznymi. To znane zjawisko – zachodni konsumenci dostają tani produkt, dzięki temu, że tzw. koszty zewnętrzne (społeczne, ekologiczne i zdrowotne) ponoszą inni ludzie, często w krajach uboższych, jak w tym wypadku w Kostaryce.

A koszty utraty zdrowia ludzi przy produkcji tego smacznego owocu są przerażające. Wierzchołkiem góry lodowej ludzkich nieszczęść jest fakt, że praca przy opryskach chemicznych spowodowała u działaczy związkowych koncernu Dole bezpłodność. Jeden z nich dostał za to odszkodowanie w wysokości 7,5 tys dolarów!

Inny pracownik opowiada o opryskach organofosforanem (o nazwie diazinon) plantacji ananasów, po których pracownicy mieli bóle głowy, poparzenia skóry i mdłości. Dziś firma zapewnia, że nie stosuje już tego środka. W kostarykańskim sądzie toczy się 90 spraw przeciwko 19 producentom ananasów. W jednym z nich procesują się mieszkańcy miejscowości El Cairo, położonej poniżej dwóch wielkich plantacji Del Monte. Ich wody gruntowe uznano za niezdatne do picia ze względu na skażenie rakotwórczymi i zaburzającymi gospodarkę hormonalną agrochemikaliami. Obecnie władze (nie koncerny!) zaopatrują mieszkańców (nieregularnie) w wodę z cystern. Zanim stwierdzono skażenie wody, chorowali oni na wysypki, problemy gastryczne, a także wymiotowali krwią, mieli bóle kości i głowy, osłabienie wzroku. Ludzi, którzy domagają się odszkodowań, rząd nazywa komunistami (!?). Właściciele plantacji, indagowani przez dziennikarzy „The Guardian”, nie odpowiadali wcale lub dawali wymijające odpowiedzi.

Tekst ten ukaże się w Internecie w okresie okołoświątecznym, kiedy mamy nasilenie zakupów, w tym egzotycznych owoców, także ananasów. Odpowiedzialny konsument, ze świadomością ekologiczną, winien domagać się od koncernów dopisania na etykietkach, ile kosztów ekologicznych i społecznych przerzucili na pracowników i niewinnych sąsiadów plantacji. A zanim to nie nastąpi – ananasów nie kupować!

Jako konsumenci mamy wybór i nie musimy przykładać ręki i sumienia do dewastacji planety oraz poniżania i degradowania ludzi.

* zobacz też film wideo Guardiana Felicy Lawrence i Toma Perasona http://www.guardian.co.uk/environment/video/2010/nov/10/pinas-coast-rica

Radosław Gawlik
Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Unia, Zieloni 2004

 

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj