Jak sięgam pamięcią wstecz, a będzie to już z pół wieku, Australia kojarzy się z kangurami i wielką wyspą po drugiej stronie globusa. Coś bardzo odległego i dziwnego. Około 35 lat temu było to miejsce, gdzie – obok Kanady – przyjmowali uciekinierów i emigrantów z Polski Ludowej. Dla sporej części obywateli PRL była ona bardzo mało ludowa i różnymi sposobami – kupując paszporty, wyjeżdżając turystycznie i prosząc o azyl, gdzieś w Europie z powodów ekonomicznych i politycznych – starali się o prawo wyjazdu i osiedlenia w Australii.

Mieszka tam brat mojego przyjaciela z dzieciństwa. Rzadko przyjeżdżał do Europy do rodziców, ale wieść niosła, że ciężko mu się zaaklimatyzować i że tęskni za krajem, choć był to wówczas jeszcze ten „ludowy” kraj. Los łaskawy pozwolił mi zderzyć te dziecięce i młodzieńcze wyobrażenia z dzisiejszą rzeczywistością tego kontynentu.

W ciągu trzech tygodni pobytu tam poczułem, czym antypody pachną. Również dosłownie, bo są tu inne zapachy, wszak inne rośliny. Na przykład rodzina Frangipani. Krzewy drzewiaste – o dużych, mięsistych, soczewkowatych liściach i niewielkich kwiatkach: żółtych, białych i różowych. Ich zapach czuć na kilkanaście metrów. Intensywnie, ale inaczej (a zapach roznosi się już na kilkadziesiąt metrów) kontaktuje się z otoczeniem eukaliptus cytrusowy (Lemon Gum). Jego liście można włożyć do kubka, parząc herbatę. Będzie wyjątkowa. Jest tu zupełnie inny świat roślin i, oczywiście, zwierząt.

Warto wiedzieć, że środowisko Australii zostało ukształtowane przez 40 tys. lat obecności Aborygenów i ich gospodarowania. Polegało ono m.in. na wypalaniu wielkich połaci buszu. To spowodowało, że różne rośliny, które potrafiły się uodpornić na pożary, szczególnie eukaliptusy, zdominowały kontynent. 60 km od Melbourne widziałem niesamowity las na Górze Black Spear – wielkich, kilkudziesięciometrowych eukaliptusów, które od 200 lat były wycinane przez białych zdobywców na maszty do statków. Do wysokości kilkunastu metrów mają one czarne, opalone pnie… i żyją. W dolnym piętrze tego lasu rośnie niesamowicie malowniczy, kilkumetrowy podszyt z drzew paprociowych. Prawdziwa kraina krasnoludów. Tych ostatnich nie zobaczyłem, niestety.

Inny jest las na północy, w tropikach. Las deszczowy koło Kurandy – wioski, która powstała w efekcie „gorączki złota” ponad 100 lat temu. Różne rodzaje palm, eukaliptusów, lian, orchidei. Te pierwsze z pniami uzbrojonymi w długie kolce, wypuszczające długie na kilka metrów wici, najeżone haczykami jak nasza jeżyna. Do tego intensywny zapach pleśni i wilgoci. Raczej mało przyjazne środowisko dla turysty, jednak przez naukowców oceniane jako jeden z najbogatszych w gatunki ekosystemów na świecie.
Nagle na ścieżce w tym lesie widzę czerwonego motyla. Przysiada na chwilę i odlatuje – i tak kilka razy. Skaczę za nim z aparatem, próbując zrobić fotkę. Sprawdzam w domu, okazuje się, że nic z tego nie wyszło. Ale jest w Kurandzie „Sanktuarium motyli” – prywatny ośrodek hodowli kilkunastu gatunków spotykanych tu motyli. Tu pod wolierą mam więcej sukcesów, choć i tak nie jest łatwo upolować w kadrze np. błękitnego Ulissesa, choć ma on 10 cm. Fotki zawiesimy i będą do obejrzenia na stronie projektu ochrony w Polsce gatunków i siedlisk rzadkich motyli chronionych dyrektywą siedliskową (www.motyle.natura2000.pl). Dopiero gdy wczytuję się w foldery, dowiaduję się, że samice tutejszych dużych motyli są różne i znacznie większe od samców. To pewnie coś znaczy dla naszego gatunku?

Duże miasta, takie jak Melbourne czy Sydney, poza Centrum City z kilkusetmetrowymi wieżowcami, są wielkimi powierzchniami niskich domków jednorodzinnych, w zwartej zabudowie, czasem szeregowej, z małymi ogródkami i zielenią. Tu jest miejsce, obok człowieka, dla innych gatunków, które się przystosowały. Słychać je od rana. Wydają zaskakujące dźwięki, niespotykane u nas – różne rodzaje papug i przede wszystkim magpie: ptaki podobne do naszej sroki, tylko z białym szerokim pasem upierzenia od głowy po ogon i wyciągające szyję jak żurawie, dla wydania różnych dźwięków.

Moi przewodnicy nie odpuścili mi zobaczenia zwierząt australijskich, twierdząc, że nie mogę wyjechać z Australii, nie widząc koali i kangura. Tak trafiłem do tutejszego ZOO, zlokalizowanego w miejscowości Healesville. Nie jestem entuzjastą ogrodów zoologicznych, ale wart był odnotowania. Jego specyfiką były na przykład otwarte tereny dla niektórych kangurów, gdzie ścieżka dla człowieka była zaznaczona tylko innym rodzajem piasku, bez żadnego płotu. Nikt nie bał się, że kangur ugryzie lub kopnie człowieka (i odwrotnie)? To coś nowego. Podziw budziło też zaplanowanie i urządzenie siedliska dziobaka, dziwnego zwierzęcia żyjącego w wodzie, składającego jaja, ale potomstwo karmiącego piersią. Otóż przez ogród płynął potok, który ujęto i urządzono przepływ przez ciemne pomieszczenie z siedliskiem tego zwierzęcia. Można było je obserwować przez duże szyby, zachowując ciszę, bo to zwierzę płochliwe. Niniejszym potwierdzam też pogłoski – widziałem „naćpane” liśćmi eukaliptusa, zataczające się podczas przechodzenia z jednego drzewa na drugie, misie koala!

Na koniec coś spod wody – ze świata, z którego wyszło życie (i człowiek). Jestem entuzjastą raf koralowych. I zawsze współczuję tym, co nie nurkują. Na przykład w Egipcie nad Morzem Czerwonym na powierzchni nie ma zbyt wiele ciekawych rzeczy – piasek, pustynia. Szaro, buro i gorąco. Ale wystarczy włożyć maskę i rurkę, wejść do morza, by otworzył się przed nami inny świat. Australia słynie z największej rafy koralowej na świecie. Udało mi się spędzić dzień na północy kontynentu, na niewielkiej wyspie Fitzroy na Morzu Koralowym. Wyspa pokryta jest lasem deszczowym. Akurat tu ciekawe było też wybrzeże. Plaże z daleka wyglądają jak piaszczyste, usypane są z muszli i fragmentów korali. Można całymi dniami wyszukiwać egzotycznych skarbów na brzegu. Pod wodą, przy słabej przejrzystości od 5-10 m, widziałem liczne gatunki ryb podobne do tych w Morzu Czerwonym. Korale były jednak trochę inne. Zapamiętałem jeden rodzaj koralowca, rosnący kępami i przypominający las rogów jelenich w trzech kolorach: białym, jaskrawoniebieskim i żółtym (Staghorn coral). Podziwiałem też niewidziany dotąd przeze mnie okrągły kremowy koral metrowej średnicy. Zaskoczyło mnie natomiast nurkowanie na jednej z plaż w Sydney. W pobliżu kamiennych brzegów, obramowujących piaszczystą plażę, pod wodą naliczyłem 6 gatunków ryb zupełnie mi nieznanych. Uroku nurkowaniu dodawała również czystość wody i świetna widoczność, sięgająca 20-25 m. To był pierwszy bardzo pozytywny kontakt z Pacyfikiem w masce z rurką. Dla równowagi podam, że zdarzają się tu (rzadko, co prawda) ataki rekinów na pływaków lub surferów oraz że trzeba uważać z falami, które bywają tu gigantyczne i mogą nurka solidnie sponiewierać.

Troszkę oswoiłem Australię w swojej głowie. Nie pisałem w zasadzie nic o gatunku ludzkim, który tu osiedliła karnie Wielka Brytania ponad 240 lat temu, ani o tubylcach – Aborygenach, dla których po kilkudziesięciu tysiącach lat oznaczało to brutalny koniec ich świata. To inna historia…

Przyroda Australii, którą tu mogłem zaledwie maznąć piórem (klawiaturą), ma się nieźle. To wielki kontynent – wielkości Europy. Mieszka tu ok. 23 mln ludzi, głównie w skupiskach na wschodzie i południowym zachodzie. Zatem presja człowieka na świat przyrody jest ograniczona – też dlatego, że Australijczycy przywiązują wagę do jej ochrony, tworząc wiele parków narodowych. Tutejsi Zieloni mają ok. 10% poparcia. Zazdroszczę!

Radosław Gawlik, Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA, Partia Zieloni

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj