W styczniu 2007 r. pisałem w „Przeglądzie Komunalnym”: W Polsce najbardziej zaniedbanym działaniem z zakresu ochrony środowiska jest zagospodarowanie odpadów (…). Prywatni przedsiębiorcy zajmujący się wywozem śmieci tworzą silne lobby. Od lat padają z ich strony te same argumenty. Sugerują, że reformatorzy chcą nałożyć na mieszkańców nowy podatek oraz ograniczyć swobody obywatelskie przy wyborze firmy wywożącej śmieci, a samym firmom utrudnić wolną konkurencję. Diagnoza ta, niestety, pozostaje aktualna. Co powoduje, że 20 lat po upadku realnego socjalizmu mamy w gospodarce odpadowej „czarną dziurę”?

Mówiąc bez ogródek, przedstawiciele firm wywożących odpady na wysypiska bez poddania ich segregacji i recyklingowi (prymitywna i właściwie dziś już ginąca w państwach UE forma postępowania z odpadami) mają świetne wejścia w parlamencie i kolejne zmiany prawa przygotowywane przez rząd potrafią spacyfikować. Cały trójszczeblowy samorząd, ministerstwa, organizacje pozarządowe i fundusze unijne na zagospodarowanie odpadów (od lat kompromitująco niewykorzystywane) padają w starciu z grupą kilkuset biznesmenów, zarabiających na tym bałaganie. Nie udaje się przeprowadzić m.in. jednego prostego zapisu o tym, że właścicielem śmieci jest gmina, na terenie której one powstają, a nie firma odpadowa, która od nas, za opłatą, je odbiera.

Dobrze, że tak popularny dziennik jak „Gazeta Wyborcza” poświęcił sprawie obszerny raport (w dwóch odcinkach, 7 i 14 grudnia 2009 r.). Autor, Artur Włodarski, z dużą swadą przybliżył szczegółowo problem, wskazując m.in. jego różne aspekty. Należy do nich np. plaga powszechnego spalania odpadów domowych, w tym plastikowych (!) w piecach (w Krakowie na podstawie badań popiołu wykazano, że w ponad połowie przebadanych domów palono śmieci), systemowe błędy w przepisach prawnych i nielegalne wysypiska jako efekt (karykaturalny) wolnego rynku w gospodarce odpadami. Negatywnym zjawiskiem są też pseudosortowanie odpadów w celu obniżenia tzw. opłaty marszałkowskiej (zamarkowanie sortowania odpadów obniża opłatę o 40 zł/tonę), „kreatywna” statystyka kierowana do UE, polegająca na doliczeniu do segregowanych odpadów domowych (obecnie 6,8%) opakowań z centrów handlowych i marketów – co daje wg rządu wskaźnik 48% recyklingu materiałów opakowaniowych oraz waga indywidualnej segregacji odpadów w domach (autor artykułu pojechał śladem śmieciarki, do której wsypano różne frakcje wyselekcjonowanych odpadów i dotarł do sortowni, gdzie wtórnie segregowano odpady i potwierdzono mu sens sortowania w domach – z naszych segregowanych odpadów jest 50% odzysku, a z odpadów zmieszanych – zaledwie 6%).

W tak dużym materiale redaktor popełnił jednak kilka uproszczeń. Dotyczy to strategii wobec odpadów, tzw. zasady 3R lub – cytuję A. Włodarskiego – po naszemu 3U (unikaj kupowania zbędnych rzeczy, użyj znowu i dopiero utylizuj). Unikanie kupowania zbędnych rzeczy to ważny składnik strategii zapobiegania powstawaniu odpadów, jednak chyba istotniejsze czynniki tkwią w samym przemyśle i sferze usług. Chodzi o zapobieganie powstawaniu odpadów od samego początku, czyli już podczas projektowania wyrobów i procesów. Projektanci i inżynierowie winni promować gospodarkę nisko- lub bezodpadową. Najskuteczniejszą metodą walki z odpadami jest unikanie ich powstawania już podczas myślenia „o całym cyklu życiowym” produktu czy usługi. Zachętą winny być instrumenty prawne i ekonomiczne (np. opłaty produktowe – mamy takie instrumenty wprowadzone jeszcze przy akceptacji wicepremiera Balcerowicza, które zostały chyba zapomniane).

Na marginesie warto tu odwołać się do „inteligencji ekologicznej” – terminu wprowadzonego przez Dawida Golemana. Indywidualne zachowania antykonsumpcjonistyczne, motywowane chęcią zmniejszania ilości odpadów, to niewątpliwie przejaw godny poparcia. Natomiast obecny kształt systemu gospodarki odpadami w kontekście „inteligencji ekologicznej” musiałby zostać zaklasyfikowany jako przejaw „kretynizmu ekologicznego”. No bo jak inaczej nazwać wyrzucanie każdego roku na wysypiska 60% surowców wtórnych możliwych do wysegregowania z odpadów?

Jeszcze jedno uproszczenie we wspomnianym tekście budzi mój sprzeciw. Zdaniem A. Włodarskiego, Zieloni – rozumiani też jako organizacje ekologiczne – winni są temu, że w Polsce nie ma spalarni, bo straszą ludzi niesprawdzonymi argumentami. A spalarnie są – wg niego – potrzebne i niezbędne. W Warszawie autor zwiedził spalarnię odpadów komunalnych, która pracuje w skojarzeniu, produkując prąd i ciepło z odpadów. Skrupulatnie, co do tony, opisuje, ile powstaje żużli, biostabilatu, jednak zanieczyszczonego metalami ciężkimi, wykorzystywanego do rekultywacji składowisk. Na pytanie o dioksyny dostaje jednak wymijającą odpowiedź: proces jest tak pomyślany, by powstawało ich jak najmniej. Przecież jest bardzo ścisła unijna norma na zawartość dioksyn w spalinach i taka wymijająca odpowiedź musi zastanawiać.

Mimo to warto jednak rzetelnie powtórzyć wątpliwości Zielonych co do potrzeby stosowania tej technologii w Polsce. To jest temat na odrębny felieton. Tu mogę napisać tylko tyle – to technologia droga, do której eksploatacji często dopłacają podatnicy. Szkoda, że redaktor Włodarski nie zapytał o aspekt ekonomiczny spalania odpadów na Targówku (warszawiacy dopłacali 280 zł do każdej tony odpadów w 2009 r., a ok. 370 zł/t w 2008 r.). To technologia niezrównoważona, gdzie „twoje złotówki płoną razem z odpadami”. To kolejne zastrzeżenie – zamiast odzyskać 60% surowców wtórnych z odpadów, zamiatamy problem pod dywan – a właściwie próbujemy go puścić z dymem.

Strategia jest wyraźna: 3U – unikanie, użycie, utylizacja. A rząd, promując budowę kilkunastu spalarni w Polsce, zaczyna „od końca rury”, od spalania-utylizacji. To się nie może podobać, bo – i tu się już zgadzam z red. Włodarskim – nie załatwiwszy dobrej legislacji, przy segregacji ok. 7% odpadów komunalnych, kombinacjach w statystyce, groźbie kar unijnych, braku systemowej edukacji społecznej rząd chce pójść „na łatwiznę” i budować duże spalarnie odpadów ze środków UE. A to niczego nie rozwiąże, a jedynie pomnoży problemy. Podobnie jak budowa w Polsce trzech elektrowni atomowych niczego – zdaniem ekologów – nie rozwiąże, a na pewno stworzy nam wszystkim nowe, bardzo trudne problemy.

Radosław Gawlik, Zieloni 2004, Stowarzyszenie Eko-Unia

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj