Z „pradawnych” czasów – gdy zasiadałem w polskim parlamencie – pamiętam, jak tworzyliśmy rewolucyjne prawo ochrony środowiska. Obejmowało ono takie nowo odkrywane dziedziny jak m.in. dostęp organizacji społecznych i obywateli do informacji o stanie środowiska, udział organizacji (na prawach strony) w postępowaniach dotyczących przyrody, ocena oddziaływania na środowisko, procedura konsultacji społecznych i sposobu odpowiadania urzędów oraz instytucji na uwagi obywateli i organizacji.

Od 1989 r., kiedy rozpoczęła się przebudowa całego PRL-owskiego prawa, mozolnie uchwalaliśmy w Sejmie kolejne ustawy, tworząc nowoczesny system prawa ochrony środowiska. Dla części z nas istotnym wyznacznikiem kierunku tych przeobrażeń (szczególnie w „Sejmie Kontraktowym 1989-1991”) były zapisy dziś już prawie zapomnianego i często niesłusznie bagatelizowanego „podstolika ekologicznego” Okrągłego Stołu.

Ale świat też nie stał w miejscu. Globalny kryzys ekologiczny pod koniec XX w. stawał się coraz bardziej oczywisty. Największa konferencja ONZ ubiegłego wieku na temat „Środowiska i rozwoju” odbyła się w Rio de Janeiro w 1992 r. Po 10 latach, w Johannesburgu, zrobiono podsumowanie efektów zmian. W 1997 r. w Kioto doszło do historycznego wydarzenia. Politycy i dyplomaci zgodzili się na ograniczenie, niewielkie wprawdzie, lecz precedensowe, emisji gazów cieplarnianych, rozumiane wówczas jako zgoda na częściowe ograniczenie rozwoju ekonomicznego. Powstały dziesiątki nowych konwencji, starających się powstrzymać tempo degradacji przyrody.
Polska uczestniczyła w większości tych przedsięwzięć – także w wielkim projekcie politycznym integracji z UE, z obietnicą członkostwa w tej elitarnej organizacji. Pod koniec XX w. nasza legislacja została nastawiona na przenoszenie dorobku prawnego (w szczególności dyrektyw i rozporządzeń) Unii Europejskiej do polskiego prawa.

I przenosiliśmy ten dorobek. Czasem niezgodnie z dyrektywami, a zgodnie z pomysłami naszych urzędników, polityków, ale też ekspertów naukowych. W konsekwencji nierzadko Komisja Europejska wytykała nam jako „błędną lub niewystarczającą” implementację prawa wspólnotowego.
Wówczas mówiło się, że przecież nie jesteśmy jeszcze w UE i nie musimy. Jak będziemy, to prawo poprawimy lub (polskim zwyczajem) jakoś się prześlizgniemy.

Mieliśmy zatem w prawie ochrony środowiska ewidentne niezgodności z przepisami UE, mieliśmy też przepisy nieźle zapisane, ale nieegzekwowane. Były sobie i już, ale zarówno inwestorzy, jak i urzędnicy czy służby kontrolne bagatelizowały je lub ich nie zauważały. Ten stan rzeczy celnie i dowcipnie oddaje świeża anegdota o burmistrzu jednej z gmin, który spytany, dlaczego nie stosuje obligatoryjnego ustawowego przepisu, z uśmiechem odpowiedział: „Proszę pana, w naszej gminie ten przepis się nie przyjął”.

A o które z dawnych kłód ciągle, jak dawniej, potykamy się najczęściej? Najliczniejsze z nich to utrudnianie dostępu do informacji, do ocen oddziaływania na środowisko, do decyzji i wniosków inwestycyjnych, które podlegają procedurze ustalania oddziaływania na środowisko. Kolejne to brak rozpatrywania rozwiązań alternatywnych i upór co do jednego wariantu lokalizacji inwestycji („innej możliwości nie ma”), utrudnianie udziału w postępowaniu na prawach strony, brak zrozumienia sensu przygotowania i przeprowadzenia (łącznie z dyskusją społeczną) strategicznej oceny oddziaływania na środowisko, pozorowanie konsultacji społecznych itd.

Ale idą zmiany w myśleniu i działaniu. Wielką rolę odegrała batalia o wyjątkowy przyrodniczo kawałek Europy, jakim jest Dolina Rospudy. W tej walce ekolodzy otrzymali mocne wsparcie Komisji Europejskiej i naszych sądów. Jednym z wykraczających daleko poza tę dolinę efektów była realna groźba wstrzymania wielomiliardowych unijnych środków pomocowych, która uzmysłowiła wszystkim, że całość unijnych przepisów trzeba w zgodzie z wykładnią Komisji przyjąć i wprowadzić w życie.
I to się dzieje. W połowie października br. (na Kongresie Drogownictwa) słuchałem „proekologicznych” wystąpień szefa Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, urzędników Ministerstwa Infrastruktury i sam wyjaśniałem w referacie – zupełnie poważnie – o co chodzi ekologom.

Oczywistością już staje się konieczność analizy różnych wariantów inwestycji, waga wzorcowego wykonania strategicznej oceny oddziaływania na środowisko czy dbanie o jakość raportu oddziaływania na środowisko (bo to się bardziej opłaca niż jakaś fuszerka).
Jasne, że nie wszystkim to się podoba. Pojawiają się głosy: niech ekolodzy zrobią analizy, raporty i wybudują przejścia dla zwierząt, a my budujmy drogi. Ale szybko prezydium Kongresu stłumiło bunt, przypominając o zasadzie „zanieczyszczający płaci”, zgodnie z którą skutki strat czy też kompensat środowiskowych musi ponieść ten, kto je daną inwestycją powoduje.

Gdy słuchałem tych kongresowych wystąpień, to z nadzieją myślałem, jak dużo już się zmieniło od niedawnego przecież czasu, gdy ówczesny premier, a także minister środowiska () uważali, że na ochronę przyrody będziemy mieli czas, gdy wybudujemy takie drogi jak na Zachodzie.

Radosław Gawlik, Zieloni 2004


UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj