Dziś jeszcze raz o wołaniu na puszczy (pierwotnie rozumianym jako wołanie w pustce, na pustyni) przedstawicieli licznych środowisk o skutkach zmian klimatycznych. Ale – jak widać – ciągle za mało licznych i zbyt cicho wołających, by skłonić światowych polityków do radykalnych kroków. I o odporności opinii społecznej na wielokrotne sygnały o konieczności przeciwstawienia się zmianom klimatu, zagrażających wszystkim, także naszemu, ludzkiemu gatunkowi.

Czy tylko tyle możemy zrobić – „wygodnie rozparci w fotelu naszej cywilizacji jednorazowego użytku” – by za chwilę móc powiedzieć: a nie mówiłem i pisałem, nie wołałem?

Psycholodzy z Oregon University poddali analizie powody braku naszej reakcji na wezwania z różnych stron do czynnego przeciwstawienia się zmianom klimatycznym. Ludzie nie chcą słyszeć, że już w najbliższych latach może rozpocząć się niewyobrażalny stan wyjątkowy, dotykający setek milionów ludzi, a potem całej ludzkości. Dlaczego nie przyjmujemy ostrzeżeń, czemu nie wsłuchujemy się w pieśń Jacka Kaczmarskiego i nie „budujemy arki przed potopem”? Psycholodzy tłumaczą to (jak ujęto to w „Gazecie Wyborczej”) kilkoma powodami. Pierwszy to abstrakcyjność i złożoność problemu. Nie jesteśmy przystosowani do obserwacji i oceny trendów klimatycznych, których zmiany nie są intuicyjne i zajmują wiele dziesięcioleci. Zamiast więc dostrzec zagrożenie, stopniowo się z nim oswajamy i przystosowujemy. Drugie źródło marginalizacji problemu to fakt, iż niezamierzone działania nie wywołują w nas poczucia winy. 

Przecież nikt nie podgrzewa atmosfery z rozmysłem, mając na celu krzywdzenie innych, trudno jest nam uznać tę działalność za naganną moralnie. Ten niezamierzony przez nas efekt sprawia, że ciężko uznać ocieplenie klimatu za proces wymagający naprawy. Kolejna przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w zrzucaniu z siebie winy. Widząc wokół globalny konsumpcyjny „szał”, zaczynamy powątpiewać w sens naszego indywidualnego sprzeciwu i wyrabiamy sobie tendencyjne mechanizmy poznawcze, które – zafałszowując rzeczywistość – pozwalają nam uniknąć poczucia współodpowiedzialności. Następny argument, który jest dla społeczeństwa przekonujący, to niepewność prognoz klimatycznych. Efekty zmian klimatu obarczone są pewną dozą nieprzewidywalności, stąd mamy skłonność do ich bagatelizowania. Mając do wyboru kasandryczne przepowiednie i ton uspokajający, zwykle wybieramy to drugie. Przesłankami, które każą wątpić w doniesienia na temat zmian klimatu, są różnice polityczne. Opinie o zagrożeniu zmianą klimatu zostały powiązane z liberalnymi poglądami na stosunki społeczne. W związku z tym osoby o nastawianiu konserwatywnym odrzucają ostrzeżenia przed skutkami zmian klimatycznych jako część liberalnego światopoglądu, którego nie podzielają. Wreszcie ostatni powód to odległość czasu i miejsca skutków zmian klimatu. Ponieważ pełny efekt zapowiadanych zmian dotknie najmocniej przyszłe pokolenia, nie traktujemy tego zagrożenia jako realne. Ludzi, który ucierpią na skutek podnoszących się poziomów wód oceanów czy katastrofalnych susz, uznajemy zwykle za członków innej niż nasza grupy – mieszkają bowiem daleko stąd. Tym samym nawet, jeśli zajdą jakieś katastrofalne wydarzenia, na pewno nas nie dotkną.

Na liście dyskusyjnej Koalicji Klimatycznej jeden z naukowców, komentując ww. powody „ucieczki ludzi od problemów klimatu”, podał „polskie” przyczyny tego stanu rzeczy, zebrane podczas podróży po kraju. Są to np. powody polityczne – „nie będziemy płacić za walkę z globalnym ociepleniem, bo jesteśmy na to za biedni (najlepiej jakby płacili Amerykanie lub Niemcy, bo oni są bogaci, ewentualnie Chińczycy, bo też maja kasę, no i najwięcej emitują)”. Należy też wymienić przyczynę nazywaną „odległością czasu i miejsca”. Ludzie zatem twierdzą, że „globalne ocieplenie ich nie dotyczy, bo te wszystkie tajfuny występują w Trzecim Świecie, a jakieś tam wyspy to zatopi na Pacyfiku, a nie na Bałtyku”. Kolejne zasłyszane argumnety można zaliczyć do grupy naiwnych – „jeśli nawet nas to dotyczy, to przecież fajnie, gdy w lecie jest ciepło, a w zimie zaoszczędzi się na ogrzewaniu – wiec po co z tym walczyć?”. Wreszcie niektórzy wietrzą w teorii zmian klimatu spisek: „To wszystko nieprawda, Unia Europejska wymyśliła globalne ocieplenie, żeby promować swoje wiatraki i zniszczyć polski węgiel”.

Mamy zatem główne powody, dlaczego nasze polskie wołania są nadaremne – skazane na puszczę, pustkę. Na szczęście wspierają nas także inni, „zagraniczni” wołający. Ostatnio np. 22 wybitnych naukowców, którzy w „Nature” – jednym z najbardziej znanych i opiniotwórczych naukowych tygodników – opublikowali swoje prognozy. Przypominają oni, że ostatnia gwałtowna przemiana klimatu zaszła ok. 13 tys. lat temu. Po trwającym 100 tys. lat okresie zlodowaceń w ciągu zaledwie 1600 lat nastąpiła fundamentalna zmiana klimatu i biosfery związana z jej ociepleniem. Wyginęła wówczas około połowa dużych ssaków, a gatunek ludzki, dzięki stabilnym temperaturom, uzyskał warunki do rozwoju. Podobne zmiany z różnych przyczyn miały (w ciągu wieluset milionów lat historii Ziemi) miejsce kilkakrotnie. Stąd nazwa „pięć wielkich wymierań gatunków”. Towarzyszyły im dramatyczne zmiany atmosfery i biosfery Ziemi. Jedne gatunki ginęły, jakaś ich cześć się przystosowywała i dominowała w następnym okresie – do kolejnej katastrofy.

W „Nature” naukowcy dowodzą, że obecnie jesteśmy świadkami podobnych zmian, które doprowadzą do wielkiego wymierania. Wśród głównych przyczyn wymieniają przeludnienie, ciągle rosnące zużywanie surowców, niszczenie, zmiany i rozbicie siedlisk fauny i flory,  sposób produkcji energii oraz postępujące zmiany klimatu. Ich zdaniem, wszystkie te czynniki przewyższają swoją siłą i wielkością te, które wystąpiły w ostatniej przemianie, jakiej poddana została Ziemia – zakończeniu epoki lodowcowej.

Czego by prorocy różnych wiar nie mówili, matematyka populacji ludzkiej jest ponura. Powtórzmy – Ziemia i jej możliwości nie są z gumy. Gleba i zasoby wody nie będą w stanie wyżywić i zapewnić przyzwoitych warunków życia rosnącej lawinowo liczbie ludzi. W ciągu ostatnich 10 tys. lat liczba ludzi rodzących się każdego roku wzrosła tysiąckrotnie. Tylko podczas minionego stulecia liczba mieszkańców Ziemi wzrosła czterokrotnie!

Utrzymanie rosnącej liczby ludzi będzie niemożliwe także dlatego, że klimat zmienia się szybciej niż możliwości adaptacyjne roślin. Naukowcy przewidują, że „w ciągu stulecia zniknie10-50% stref klimatycznych, do których się przyzwyczailiśmy, a nowe strefy klimatu, jakich współcześnie żyjące organizmy nigdy nie doświadczyły, zajmą od 10 do 40% powierzchni Ziemi. Za 60 lat średnia temperatura na Ziemi przekroczy tę, z jaką stykał się gatunek ludzi przez ostatnie kilka milionów lat. To już nie będzie ta sama planeta”.

W zakończeniu artykułu w „Nature” wyważeni zwykle naukowcy wołają katastroficznie: „jeśli zostanie przekroczony krytyczny próg wykorzystania ekosystemu, a jednocześnie wzrośnie światowe zapotrzebowanie na żywność i wodę – co wydarzy się, jeśli populacja wzrośnie do 9 mld w ciągu 30 lat – czekają nas powszechne niepokoje społeczne, utrata stabilności ekonomicznej oraz śmierć wielu ludzi”.

Do tej niewesołej prognozy dodam i swoją, którą wypowiadam już od 20 lat. Politycy i media zmienią ton oraz postępowanie, gdy katastrofa się rozpocznie i uderzy mocno w nasz gatunek, tak głupio sobie na Ziemi poczynający. Szczególnie, gdy dotknie kraje bogate, które na poziomie dyplomacji międzynarodowej robią wszystko, aby pozorować działania. Zmieniać, aby nic nie zmienić! Ludzkość czekają najbardziej radykalne wyzwania w całej jej historii – tak wołam! Oby nie było za późno…

Radosław Gawlik
Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Unia
Zieloni 2004


UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj