Zaskakująco długa, śnieżna zima chyba dobiega końca. Roztopy i lokalne powodzie znów kierują nasze myśli ku powracającemu pytaniu: czy to efekt zmian klimatycznych, czy naturalna zmienność pogody? A może jedno i drugie.

20-lecie wolnej Polski – po rozstaniu z PRL-em – to okres zastoju jeśli chodzi o budowę nowych mocy energetycznych. Nieliczne elektrownie, które powstały, najczęściej były już w realizacji i wypadało je dokończyć.

Przyczyna braku zainteresowania budową nowych elektrowni była prosta. Reforma gospodarcza i odejście od modelu gospodarki opartej na przemyśle ciężkim (najbardziej energochłonnym), pracującym na potrzeby RWPG, spowodowały likwidację wielu fabryk i unowocześnienie innych, a w konsekwencji nadwyżkę sprawnych mocy energetycznych. Do tego doszła światowa dyskusja o stanie środowiska i międzynarodowe zobowiązania klimatyczne – z ważnym etapem od Konferencji ONZ w Kioto w 1997 r., w Rio w 2002 r., do Kopenhagi w 2009 r.

Ewoluowała również polityka UE, która stała się prymusem działań zmierzających do redukcji emisji gazów cieplarnianych. W pierwszym poważnym zobowiązaniu UE – pakiecie 3×20% (podpisanym w imieniu Polski przez prezydenta Kaczyńskiego) – zobowiązaliśmy się, że zmniejszymy do 2020 r. emisję CO2 i energochłonność o 20%, a jednocześnie udział energii odnawialnych wzrośnie do 20%. Napisałem o pierwszym zobowiązaniu, bo bez wątpienia po nim pójdą dalsze, zmierzające do redukcji gazów cieplarnianych o min. 90% do 2050 r. Kraje świata, co prawda, nie podpisały w Kopenhadze konkretnej, wiążącej umowy, ale zgodziły się z celem zaproponowanym przez naukowców – ograniczenia wzrostu temperatury Ziemi do 2ºC w 2050 r. A to można osiągnąć, redukując prawie do zera gazy cieplarniane produkowane przez ludzi, głównie z klasycznych źródeł energii, takich jak paliwa kopalne: węgiel, ropa i gaz.

Warto też w tym kontekście obserwować, co robi część zamożnych krajów UE, np. Niemcy, Austria, Włochy czy Dania. W odniesieniu do powyższych trendów, które same współkreują w UE, realizują one politykę radykalnej zmiany modelu i struktury energetycznej. Polega ona na zwiększaniu oszczędności i efektywności energetycznej gospodarki, szybkiej budowie odnawialnych źródeł i zdecentralizowanego modelu energetycznego. Jednocześnie kraje te wycofują się lub zachowują dystans wobec budowy elektrowni atomowych.

Polska uchodzi za hamulcowego polityki klimatycznej w UE. Nie zgadzaliśmy się na podwyższanie celów redukcyjnych CO2, jednocześnie ostro walcząc o okres przejściowy w opłatach za emisję dwutlenku węgla dla elektrowni opartych – u nas prawie wyłącznie – na węglu. Postawa premiera Tuska (fetowana w Polsce) w Europie i świecie, wśród bacznych komentatorów, budzi lekkie zdumienie. Oto Polska wynegocjowała podtrzymanie i przedłużenie funkcjonowania skansenu węglowego do 2020 r. Ta część biznesu, który myśli kategoriami szybkich zysków, ochoczo zadeklarowała budowę nowych elektrowni, opartych przede wszystkim na… węglu (skoro do 2020 r. można być zwolnionym z opłaty za CO2!).

Różne koncerny krajowe i zagraniczne zgłosiły do Ministerstwa Gospodarki w 2009 r. chęć wybudowania 60 elektrowni o mocy ponad 32 tys. MW. Po weryfikacji resort sporządził listę 40 projektów o łącznej mocy 26 tys. MW. To więcej niż obecnie Polska potrzebuje. Czyli, gdyby je zrealizowano, podwoilibyśmy naszą moc energetyczną. Tylko po co? Kto ten prąd kupi? Nawet jeśli dużą część obecnych elektrowni ze względu na dekapitalizację trzeba będzie wyłączyć.

Ale są jeszcze poważniejsze pytania. Nie widać, aby ktoś robił rzetelną ocenę wpływu takiego rozwiązania na klimat w świetle naszych zobowiązań wobec UE. Przecież drugi raz Polska nie wynegocjuje okresu przejściowego dla opłat węglowych. Czy bycie hamulcowym w działaniach proklimatycznych UE to rzeczywiście rola, którą ma odgrywać nasz kraj?

Powtarzam – polityka rządu jest błędna! A skutki trudne do przewidzenia. Może to być wzrost cen energii dla konsumentów, a w krańcowych wypadkach wyłączanie naszych mocy i import taniej energii produkowanej bez emisji gazów cieplarnianych. Już zahamowaliśmy rozwój efektywności energetycznej (zablokowanie ustawy przez ministra finansów z opaczną i kuriozalną argumentacją strat finansowych w efekcie inwestycji oszczędzających energię?!), a także energii odnawialnych (szereg barier w przepisach od lat nie pozwala chętnym inwestorom uruchomić budów farm wiatrowych).

Dotychczasowa polityka polskiego rządu sprawia wrażenie, jakby chciano z nas zrobić skansen węglowo-jądrowy i wstawić do muzeum technologii. Choć bardzo często to właśnie ekologom zarzuca się przyrodniczy dogmatyzm połączony z techniczno-naukową tępotą. Ale gdy przeczyta się ocenę polskich polityków i szczytu w Kopenhadze autorstwa ekologów – dr. Kassenberga i dr. Karaczuna – precyzyjną, kompetentną i przekonującą – to staje się jasne, że to właśnie oni patrzą w przyszłość i poważnie traktują zarówno polską energetyczno-klimatyczną rację stanu, jak i nasze ekologiczne partnerstwo w UE.

Trzeba naprawdę mieć czarną opaskę na oczach, aby nie widzieć, że technologie węglowe i jądrowe odchodzą w przeszłość. XXI wiek należy do energetyki racjonalnej i oszczędnej oraz źródeł odnawialnych: słońca, biomasy i wiatru.

Radosław Gawlik, Zieloni 2004, Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Unia

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj