„Jeśli zdarzają się osoby, które kontynuują działalność podobną jak ich rodzice czy krewni, to chyba dobrze. To oznacza, że mamy sytuację, w której jest pewna ciągłość. (…) Największą nagrodą dla rodziców jest sytuacja, kiedy ich dzieci podejmują ich dzieło i twórczo je rozwijają”. Wypowiedź wicepremiera Pawlaka wprowadziła do starej dyskusji na temat obsadzania stanowisk publicznych elementy tak przecież ważnej polityki prorodzinnej i wywołała chwilową burzę. Każdy, kto uważał, że powinien się publicznie oburzyć, z werwą odegrał swą rolę (oburzonych było mniej niż oczekiwałem) i sprawa ucichła. I właściwie słusznie. Cóż tu jeszcze do trwającej już ładnych kilka wieków debaty można dodać?

Obejmowanie stanowisk przez krewnych rozdawcy posad jest pewnie stare jak cywilizacja i nazywa się nepotyzmem. Od łacińskiego nepos – wnuk, bratanek, ale także marnotrawca (!), jednak ci starzy rzymianie głupi nie byli i życie znali… Mimo tak starego rodowodu nepos weszło do terminologii „politycznej” dopiero w średniowieczu. Początkowo odnosiło się do działań dygnitarzy Kościoła, rozdających godności i beneficja kościelne swym „bratankom” i krewnym. Proceder święcił swe tryumfy w okresie odrodzenia. Głównym teatrem tych wydarzeń były, ze względu na stolicę państwa papieskiego, Włochy, choć i w Awinionie radzono sobie nieźle. Stąd nepotismo, a dalej już można wyprowadzić polski nepotyzm. Nie wiadomo kiedy zauważono, że działanie takie nie ogranicza się wcale do możnych jednego tylko typu i pojęcie rozszerzyło się na całe życie publiczne jako takie.

O ile Kościół po bulli Innocentego XII z 1692 r. z nepotyzmem formalnie skończył, o tyle w świeckim życiu publicznym nie było nikogo, kto mógłby dokument tej wagi wydać. Prawdę powiedziawszy, jakoś mi trudno wyobrazić sobie jego skuteczność (którą widać zresztą na przykładzie licznych na świecie ustaw antykorupcyjnych).

Bullę papieską w „życiu cywilnym” zastępują upadek rozdawcy łask lub działania rewolucyjne, w czasie których „wiatr historii” wyrzuca zastany układ i na pewien czas wprowadza zasady, które można by nazwać demokratycznymi. Oczywiście pod warunkiem, że rewolucja się udała. Po jakim takim utrwaleniu się nowej władzy proces rozpoczyna się od początku. „Krewni i znajomi królika” nie mają bowiem litości i także chcą coś z tego wszystkiego mieć. Nie można jednak mieć pewności wicepremiera, iż nastąpi twórcze rozwinięcie dzieła. Wspomnę jedynie Napoleona, którego miłość do rodziny spowodowała, że każdy z jej członków (łącznie ze szwagrem) otrzymał jakieś beneficjum, rewanżując się jedynie swą głupotą i zarozumialstwem.

Owo „twórcze rozwinięcie” sprawdza się, być może, w przypadku kontynuacji zawodu. Myśl tę od dawna ochoczo rozwijają wszelkie korporacje zawodowe, twierdząc, iż gdy tata był niezłym np. lekarzem, to syn na pewno będzie jeszcze lepszym i tak do nieskończoności. Ktoś, kto z rodziny nie pochodzi, będzie dopiero musiał nabywać kultury zawodowej, a krewny wyssał ją z mlekiem matki, co daje gwarancje, iż… Rynek jest ograniczony, więc lepiej w pierwszej kolejności przyjmować swoich. I tak powstają generacje adwokatów, farmaceutów, lekarzy, notariuszy… Słyszałem już także o pracownikach wodociągów i gazownictwa. Z nadzieją oczekuję na dziedzicznych sędziów, posłów i senatorów. Generacje prezesów spółek i członków rad nadzorczych, jak się wydaje, już powstają.

Nie łudźmy się. Niemal każdy ma swą wizję „polityki prorodzinnej” i chciałby po cichutku uprawiać nepotyzm, by jakoś zabezpieczyć przyszłość rodzinie. Któż bowiem nie chciałby wspomóc rodziny i doczekać nagrody w postaci przejęcia swego dzieła przez dzieci, a także przyglądania się, jak twórczo je rozwijają. Nie lubimy jedynie, gdy robią to inni.

Wojciech Sz. Kaczmarek

Tytuł od redakcji

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj