Z zakładem utylizacji odpadów w Prażuchach jest trochę tak jak z oczyszczalnią ścieków w Kucharach: ma dużą nadwyżkę mocy. W przypadku Kuchar stało się to przyczyną kłopotów. Jak będzie w Prażuchach? To inna specyfika, ale kłopoty mogą być nie mniejsze
To, że zakład skrojony jest nieco na wyrost, wynika z myślenia życzeniowego z jednej strony, a z wymogów unijnych z drugiej. Prażuchy, czy jak kto woli Orli Staw, przystosowane są do odbioru i przerobu takiego surowca, który jeszcze tam nie trafia lub trafia w małych – ilościach. Problemem jest też jakość naszych śmieci, czyli brak nawyku segregacji u źródła. Z ludzkimi nawykami można walczyć bez skutku przez długie lata. Na nic zda się tu nowoczesna technologia ani nawet pieniądze (których zresztą nie mamy). W Orlim Stawie wśród śmieci znaleźć można wszystkiego po trochu. Są np. osobne kosze, w których gromadzi się wyrzucone na śmietnik płyty CD i kasety wideo. Zakład przystosowany jest też do przerobu gruzu i innych odpadów budowlanych. Ma kruszarkę do betonu i gotów jest sprzedawać to, co skruszy. Cóż z tego, skoro gruz trafia do Prażuch jedynie w znikomych ilościach. To samo jest z drewnem i z trawą. – Gruz gdzieś znika, po drodze, albo jeszcze na budowie. Skoszona trawa i ścięte gałęzie też gdzieś znikają – przyznaje Piotr Szewczyk, dyrektor zakładu.
Po co było w takim razie budować wielką i drogą kompostownię? Po co było zabraniać ludziom kompostowania w przydomowych ogródkach, skoro najwidoczniej nadal to robią?
Razem z dyrektorem Szewczykiem oglądamy kompost wyprodukowany przez zakład. Trudno nawet wyobrazić sobie, do czego mógłby się nadawać. W każdym razie na pewno nie na potrzeby rolnictwa. Plastikowe nakrętki, kawałki opakowań z tworzyw sztucznych, fragmenty metalu i szkła, papier i jakaś bura masa. – Taki się kompost osiągnie, jaki się włoży surowiec. Jeśli np. w odpadach organicznych mamy zawartość szkła, wówczas to szkło tam pozostanie. Nie ma technologii, która umożliwiałaby uzyskanie dobrego kompostu z odpadów komunalnych zmieszanych, a nawet wysegregowanych. Na Zachodzie jest kilka kategorii kompostu, a rolny musi spełniać dodatkowe wymogi spożywcze. Tymczasem w Polsce każdy kompost traktowany jest jako rolny. Poza tym na kompoście nie można zarobić. Dlaczego żaden prywaciarz nie bierze się za kompostowanie? Właśnie dlatego. Na Zachodzie tego typu zakłady też nie dają zysku. Dlatego kompostowanie w gospodarstwie domowym jest tam preferowane jako najtańsze. W Szwajcarii rozdają ludziom za darmo kompostowniki, czyli proste beczki warte kilkadziesiąt euro. Gdyby u nas zdarzył się rolnik zainteresowany kupnem kompostu z Prażuch, to my nawet nie moglibyśmy nic sprzedać, bo to nie jest kompost. 100 proc. zostaje w zakładzie na przesypkę na składowisku, a i tak zostają nadwyżki, z którymi nie wiadomo co robić – mówi P. Szewczyk. Pomysł na zagospodarowanie tych nadwyżek miał ostatnio prezydent Janusz Pęcherz. Przy pomocy "tego czegoś" (skoro nie można tego nazwać kompostem) tańsza będzie rekultywacja wysypiska w Kamieniu, gdzie zwalaliśmy śmieci z Kalisza i okolic w ciągu minionych lat. "To coś" pójdzie tak jak w Prażuchach
– na przesypkę. – W kompostowni jest sześć tuneli i w każdym moglibyśmy produkować coś innego, również kompost czysty biologicznie, tylko świadomość ludzi musi do tego dojrzeć
– dodaje dyrektor Szewczyk. Innymi słowy segregacja na suche-mokre musiałaby być 100-procentowa, co długo jeszcze będzie postulatem nie do spełnienia. Problem czystości odpadów dotyczy zresztą nie tylko szczątków organicznych. Np. stalowe puszki po produktach spożywczych są stalowe tylko w 50 proc. Reszta to etykieta, plastyk, cynk, a często wszystko to jest jeszcze owinięte w folię. Folie to kwadratura koła. Można je zutylizować jedynie w specjalistycznych spalarniach. Budowa takiego obiektu, pomijając kwestię protestów społecznych, opłaca się dopiero od ok. pół miliona klientów wzwyż, a koszt to ok. 100 mln euro, czyli pięć razy więcej niż kosztowała budowa Orlego Stawu. Spalarnie będą powstawały tylko przy dużych aglomeracjach miejskich. W tej chwili w Polsce jeszcze ich nie ma, przynajmniej w takim zakresie, który umożliwiłby spełnienie wymogów unijnych. Za kilka lat może się to stać poważnym problemem finansowym dla całego kraju, bo UE nałożyć na nas może słone kary ekologiczne. Dyrekcję Orlego Stawu zabolały niedawne informacje w mediach, że podwyżka cen za wywóz śmieci wynika z przyczyn ich zakładu. Jak twierdzi P. Szewczyk, w Prażuchach pozostaje jedynie 20 proc. z 75 zł za każdą tonę odpadów przy wjeździe. Reszta to m.in. zarobek firm przewozowych (jest ich ok, 20, w tym kaliskie PUK i EKO). A czy możemy sami zawozić odpady do Prażuch, bez pośrednictwa tych firm? Trzeba by mieć zezwolenie (kosztuje ok. 500 zł), ale też odpowiedni sprzęt, bazę itp. A przede wszystkim musiałoby się to komuś opłacać. Gdyby spełnił warunki i gdyby się opłacało, byłaby to kolejna firma przewozowa i nic ponadto. Kolejny kłopot cenowy to tzw. opłata marszałkowska, czyli pieniądze na budżet ekologiczny województwa. Z mocy ministerialnego rozporządzenia wkrótce ma ona znacznie wzrosnąć i cena w Prażuchach, prawdopodobnie od przyszłego roku, także wzrośnie. Dziś zakład pracuje połową swoich mocy przerobowych. Po półrocznej działalności wciąż jeszcze nie są wykorzystywane tak, jakby być mogfy. Zaplanowany na ten rok deficyt to 2 mln zł. Pieniądze te zapłacą wszystkie gminy członkowskie, a najwięcej największa z nich, czyli Kalisz. Ale -jak mówi dyrektor Szewczyk – nie mieliśmy innego wyjścia: zakład trzeba było zbudować, bo w promieniu stu kilometrów nie ma niczego podobnego, a ewentualne unijne kary za kilka lat mogłyby zrujnować nawet najbogatszych.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj