Wakacje trwają. Nie jest to stwierdzenie odkrywcze, ale raczej pretekst do poruszenia interesującego, lekkiego, lecz zarazem ważnego tematu, jakim są o imprezy zakładowe.

Goździk i rajstopy

Niektórzy pewnie jeszcze pamiętają spotkania pracowników za czasów „nieboszczki” komuny. Ciekawe to były imprezy, bo organizowane odgórnie przekształcały się w zabawiane oddolnie. Wyznaczone były nienaruszalne standardy, choćby takie jak goździk i rajstopy dla kobiet na 8 marca, a potem intensywne spożywanie alkoholu, rozpoczynane często również w pracy. Na pierwszego maja standardem po pochodzie było gromadne picie piwa. Później jedyny sprawiedliwy system wyzionął ducha i… pozostała pustka. Przez pierwsze lata demokracji zarzuciliśmy zwyczaj wspólnego spotykania się załogi, lecz po paru latach czegoś jednak zaczęło brakować. Okazało się, że ludzie, którzy razem pracują, chcą się od czasu do czasu spotkać i pobawić. Standardy zaczęły wyznaczać pojawiające się powoli na polskim rynku firmy zagraniczne. Zrozumiano wtedy, że dzicy kapitaliści i krwiopijcy dbają o swoich pracowników, nie tylko wypłacając im pensje co miesiąc. Trochę udało się podpatrzeć, a potem… Cóż, później zaczęliśmy to naśladować. I to był początek dalszej części historii. Naszej historii.

Imprezy zakładowe i familijne

Zaczęliśmy organizować imprezy zakładowe. Znów odgórnie. No i tu pełne pole do popisu dla kadry zarządzającej. Bowiem niektóre spotkania przebiegają pod hasłem „Nasz prezes jest kochany prze całą załogę”. Wówczas miłościwie panujący prezes czy też dyrektor, czując brzemię odpowiedzialności za to, by pracownicy przyjemnie spędzili czas, zabawia załogę… samym sobą. A że z reguły szef ma kompetencje (jeśli je naprawdę ma) raczej do zarządzania niż do zabawiania, wszyscy czerpią z tego mniej więcej tyle radości, ile z dowcipów z „Familiady”. Wówczas instynkt samozachowawczy załogi ulega pewnemu stłumieniu, np. na skutek spożywania różnego rodzaju płynów, a potem pracownicy „dają nogę” i idą bawić się sami. Bywa też tak, że za organizację takiego wydarzenia biorą się ludzie, którzy niekoniecznie muszą udowadniać, jak bardzo kochają swojego prezesa i umożliwiają mu co najwyżej otwarcie takiej imprezy. I całe szczęście. A jeśli na dodatek prezes nie ma zakusów moralizatorskich w zakresie pouczania o szkodliwości picia alkoholu, to taka wspólna zabawa ma szansę się udać, choć oczywiście nie jest to gwarancją sukcesu.

Inna możliwość to organizacja zakładowych imprez familijnych. Takich, na które przychodzi się z rodziną. Cel jest oczywiście szczytny. Jednak jak uczy doświadczenie, nie zawsze osiąga się zamierzony skutek. Pracownicy, owszem, znają się, ale nie można od razu zakładać, iż to samo dotyczy ich rodzin. Dzieci prezesa zostają wypchnięte z piaskownicy przez dzieci brygadzisty i mogą jeszcze dostać po głowie łopatką, a żona majstra z kanalizacji chętnie powiedziałaby jego kierownikowi, co o nim myśli. Zwłaszcza, jeśli jest już trochę bardziej „rozluźniona”. No i stresy gotowe. Zarówno majster, jak i brygadzista idą w poniedziałek do pracy jak na ścięcie i przysięgają sobie, że nigdy w życiu już na taki piknik nie przyjdą.

Organizacja oddolna

Jest też trzeci rodzaj imprez – organizowane oddolnie. I te moim zdaniem są najbardziej udane. Czasami nawet zapraszają na takie wydarzenia prezesa, ale jeśli ten ma choć trochę oleju w głowie, to w połowie pierwszego takiego spotkania po cichutku wychodzi i pozwala ludziom pobawić się bez stresu we własnym gronie. W końcu gdzieś i kiedyś trzeba tego prezesa i innych matołków zarządzających firmą obgadywać. I słusznie. Jeśli jeszcze prezes postawi im na pierwszym takim spotkaniu po piwie i więcej się na nich nie pojawi, to może nawet w czasie takiego obgadywania powiedzą o nim dobre słowo.

I na tym właściwie mógłbym zakończyć, gdyby nie jedna sprawa, która mnie nurtuje. Otóż podczas naszej imprezy zakładowej z uporem maniaka pewien pracownik usiłował ukryć przede mną butelkę wódki, którą trzymał w plastikowej torbie. Pewnie miał (a może jeszcze ma) o mnie nie najlepsze zdanie. Przełamał się dopiero wówczas, gdy podstawiłem mu swój kieliszek żeby mi też nalał. W końcu nie jestem abstynentem. Chcę przez to powiedzieć, że imprezy są właśnie po to, żeby bawić się, i jeśli ktoś ma ochotę to może napić się alkoholu. Właśnie wtedy, a nie w pracy.

Kończąc, chcę życzyć Państwu miłych wakacji, a po wakacjach przyjemnych imprez zakładowych. Na zdrowie!

Paweł Chudziński, prezes Aquanet, Poznań


UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj