Historia ludzkości dowodzi, że największe, przełomowe wynalazki, zmieniające rzeczywistość, stopniowo wypierały starsze rozwiązania, ale nie dlatego, że ktoś tak nakazał, lecz z uwagi na to, iż były po prostu lepsze.

Dotyczy to zarówno odległej przeszłości, kiedy to pojawiły się np. żarówka czy samochód, jak i czasów współczesnych, w których telefon komórkowy zastępuje stacjonarny, a analogowy zapis dźwięku i obrazu jest wypierany przez technologię cyfrową. Niemniej w tym ostatnim przypadku zauroczenie zapisem cyfrowym nie jest całkowite, wiadomo przecież, że nie da się zrobić zdjęcia „z duszą” aparatem cyfrowym, a czarne, analogowe płyty wracają do łask.

Biorąc pod uwagę to historyczne doświadczenie, niezrozumiała jest chęć wprowadzania nowych rozwiązań metodami administracyjnymi poprzez określanie celów ilościowych dotyczących np. samochodów elektrycznych, rodzajów źródeł światła czy wręcz konkretnych technologii przemysłowych. Pół biedy, kiedy forsowana w ten sposób technologia „umrze” wcześniej niż zostanie użyta, co najprawdopodobniej nastąpi w przypadku technologii CCS. Gorzej, jeżeli cała procedura zostanie wdrożona, a post factum okaże się, że nie było to optymalne rozwiązanie.

Geneza filozofii celów

Wspomniany problem pojawił się w przypadku nakazania zastępowania źródeł światła. Dziś możemy obserwować szereg negatywnych skutków tej wielkiej operacji. Nasuwa się pytanie, dlaczego podążamy tą drogą i za sprawą kolejnych celów oraz przymusowych działań gruntujemy i szerzymy tę filozofię postępowania? Są dwie przyczyny – jedna to stale rozwijająca się biurokracja, która musi mieć pożywkę, a zatem kreuje nowe regulacje i procedury. Nie ma wątpliwości, że administracja unijna jest doskonałym, niezwykle sprawnym przykładem w tym zakresie.

Drugi powód to partykularne interesy krajów członkowskich i organizacji gospodarczych. Nigdy nakazowe cele ilościowe nie będą w jednakowy sposób oddziaływać na wszystkich. Wynika to wprost ze zróżnicowanej sytuacji poszczególnych państw i przedsiębiorstw. Tak więc ustalanie celów ilościowych to świetny instrument do uzyskiwania przewagi konkurencyjnej. Myślę, że nie powiedziałem niczego odkrywczego, a większość zainteresowanych tą kwestią ludzi ma tego świadomość. Ale sama świadomość nie wystarczy. Trzeba też przy każdej okazji wskazywać ten słaby element funkcjonowania Unii Europejskiej i proponować rozwiązania, które zmienią tę złą sytuację.

Po rozprawieniu się z celami ilościowymi, warto zastanowić się nad tym, czy my w Polsce zawsze trafnie formułujemy kierunki pożądanych zmian. Wdzięcznymi tematami do polemiki są generacja rozproszona i rozwój energetyki prosumenckiej. Można tylko przyklasnąć takim działaniom, chociaż głosy nawołujące do całkowitego przestawienia produkcji energii elektrycznej na takie tory budzą poważne wątpliwości. Jej wytwarzanie powinno być dostosowane do struktury zapotrzebowania na nią. Tylko wtedy ograniczymy do minimum straty na przesyle i związane z tym koszty. Jeżeli uważamy za zasadne, a wręcz konieczne dla kondycji naszej gospodarki utrzymanie przemysłu energochłonnego, a z tym chyba każdy się zgodzi, to musimy mieć duże źródła energii elektrycznej. Nie ma żadnego sensu doprowadzać do wielkiego punktowego odbiorcy energii z wielu źródeł rozproszonych. Modelowym przykładem przechodzenia na generację rozproszoną jest Dania. W celu zobrazowania tego procesu eksponowane są mapki tego kraju z zaznaczonymi miejscami wytwarzania energii elektrycznej. Na pierwszej, sprzed kilkudziesięciu lat, mamy tylko kilka punktów, na następnej kilkadziesiąt, na kolejnej kilkaset, a obecnie mapa wygląda jak raster z tysiącami miejsc generowania energii elektrycznej. Zapytałem kolegów zajmujących się energią w duńskiej administracji centralnej, czy rekomendowaliby Polsce zastosowanie takiego modelu w sytuacji, gdy zamierzamy pozostawić w kraju przemysł energochłonny. Byli trochę zmieszani tym pytaniem, ale po chwili zastanowienia powiedzieli zdecydowanie, że nie. Warto dodać, że Dania obecnie nie posiada żadnego przemysłu energochłonnego. Mam nadzieję, że po tym tekście nie zostanę zakwalifikowany do tych, którzy blokują rozwój energetyki prosumenckiej. Jestem jej zdecydowanym zwolennikiem i propagatorem. Natomiast zawsze przeciwstawiam się tendencjom skrajnym, bo one nie wpisują się w formułę zrównoważonego rozwoju i z reguły prowadzą do wylania dziecka z kąpielą.

Niezbędna jest stabilność priorytetów

Z dużym niepokojem przysłuchuję się obecnej dyskusji dotyczącej energetyki odnawialnej. Kierunek rozwoju wykorzystania OZE powinien opierać się na dwóch filarach – na zasadzie zrównoważonego podejścia do rozwoju energetyki odnawialnej, gwarantującego bezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego, a także na zapewnieniu tego rozwoju przy możliwie najmniejszych kosztach. Niestety, dyskusja zamiast koncentrować się na wymienionych zagadnieniach, zmierza do wskazywania, które rodzaje energetyki odnawialnej są pożądane, a zatem, które powinniśmy wspierać. Przy takim podejściu obserwujemy częstą zmianę priorytetów, co jest zjawiskiem niepożądanym. Przykład takich fluktuacji poglądów stanowi morska energetyka wiatrowa. Myślę, że w warunkach polskich jest dla niej miejsce, choć oczywiście w rozsądnej skali, wynikającej z przesłanek bezpieczeństwa energetycznego, korzyści gospodarczych i wymogów środowiskowych. Zaobserwowane podejście zerojedynkowe w tym zakresie jest niewłaściwe.

Zbigniew Kamieński, zastępca dyrektora, Departament Innowacji i Przemysłu, Ministerstwo Gospodarki

Tekst pochodzi z miesiecznika "Czysta Energia" 6/2013

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj