Polska znajduje się w czołówce krajów unijnych, które podjęły konkretne działania dotyczące określenia narodowych strategii przechodzenia na gospodarkę niskoemisyjną w horyzoncie do 2050 r. Tylko kilka krajów przyjęło już strategie w tym zakresie, a wiele państw nawet nie zaczęło prac nad nimi.

Warto przypomnieć, że założenia do polskiego Narodowego Programu Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej zostały już przyjęte przez Radę Ministrów w sierpniu ub.r. Dzięki temu Polska występuje na forach unijnych, podkreślając potrzebę opracowania takich dokumentów. W naszym przekonaniu to właśnie narodowe strategie będą stanowiły odpowiedni sygnał dla inwestorów do podejmowania działań w zakresie przechodzenia na gospodarkę niskoemisyjną. Zawsze przed zaangażowaniem swoich pieniędzy w danym kraju inwestorzy analizują to, czy w świetle istniejących strategii i regulacji takie działania są opłacalne i bezpieczne. Same ustalenia na poziomie unijnym nie wystarczą.

Dwie możliwości

Oczywiście przy okazji podkreślania potrzeby przyspieszenia prac nad narodowymi strategiami pojawiają się głosy, że założenia będą mniej ambitne niż cele, które wypracujemy na szczeblu unijnym. Jednak przykłady nie potwierdzają takiej zależności. Natomiast nie ulega żadnej wątpliwości to, że strategie narodowe jako lepiej dostosowane do warunków lokalnych niż ogólna strategia unijna będą skuteczniej realizowane. Wydaje się, i takiego argumentu używamy w dyskusjach na forum unijnym, że strategie narodowe mogłyby być niezwykle pomocne przy formułowaniu strategii na poziomie Wspólnoty. To oczywiście rodzi pytanie, czy jedynym słusznym podejściem przy formułowaniu polityki klimatycznej Unii Europejskiej jest „top down”? A może jednak w celu zapewnienia wysokiego poziomu merytorycznego przygotowywanych rozstrzygnięć należałoby posiłkować się także podejściem „bottom up”? Ja nie mam żadnych wątpliwości, że samo „top down” to nielicząca się z realiami, niezwykle niebezpieczna polityka „chciejstwa”. Pragnę podkreślić, że mówimy tutaj o redukcjach rzędu 80%, a nawet dla energii elektrycznej przewidziano scenariusz zakładający jej wytwarzanie w 99% w oparciu na odnawialnych źródłach energii. Ci, którzy twardo opowiadają się za podejściem „top down”, argumentują, że jest to jedyne rozwiązanie, które odpowiada na wyzwanie określone przez naukowców skupionych w IPCC (organ doradczy Konwencji Klimatycznej), mówiące o tym, że wzrost średniej temperatury na naszym globie w 2050 r. w stosunku do ery przedindustrialnej nie może przekroczyć 2°C. W pełni akceptując to wyzwanie, należy stwierdzić, że forsując podejście „top down”, Unia Europejska nie będzie przyczyniała się do utrzymania tych 2°C. To, co proponuje Komisja Europejska, byłoby właściwe, gdyby wszystkie kraje rozwinięte postępowały tak samo, a państwa rozwijające się podjęłyby zobowiązania redukcyjne dostosowane do ich możliwości. Niestety, rzeczywistość jest zupełnie inna – Unia Europejska jest osamotniona w formułowaniu ambitnych zobowiązań redukcyjnych. A takiej sytuacji konieczne staje się uwzględnienie także analiz „bottom up”, właśnie po to, aby UE, zamiast wywoływać swoimi działaniami wzrost emisji globalnej, faktycznie przyczyniała się do jej redukcji. Niestety, taka logiczna argumentacja nie jest przyjmowana przez Komisję Europejską. Można domyślać się, dlaczego. Lepiej odnieść szybki sukces, który można medialnie wykorzystać, prezentując najwyższe na świecie poziomy redukcji emisji gazów cieplarnianych, bo przecież faktycznych skutków globalnych nikt i tak nie będzie analizował, a tym bardziej oceniał. Z kolei podejście „bottom up” to żmudna, organiczna praca wymagająca czasu, więc mało efektowna, a zatem nie gwarantująca medialnego sukcesu.

Warto pamiętać o tym, że wśród krajów unijnych jedynie Polska w swoim Narodowym Programie Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej uwzględnia efekt globalny podejmowanych działań redukcyjnych. Jest przygotowywany specjalny instrument, który ma uniemożliwić wprowadzanie do programu zadań, które generować będą wzrost emisji gazów cieplarnianych w skali globalnej. Konsekwencją tego jest m.in. przyjęcie w programie podejścia „bottom up”.

Brak analiz

Jak wszyscy wiedzą, spalanie biomasy wiąże się z emisją gazów cieplarnianych. Tylko w ramach polityki klimatycznej umownie przyjęto, że w bilansie emisji CO2 emisje tego gazu ze spalania biomasy równają się zeru. W Unii Europejskiej w związku z wypełnianiem celów w zakresie udziału energii ze źródeł odnawialnych spala się olbrzymie ilości drewna z lasów, w tym importowanego nawet z innych kontynentów. Gdybyśmy zaniechali spalania drewna z lasów, to uzyskalibyśmy bardzo dużą redukcję emisji gazów cieplarnianych. Dodatkowo należy podkreślić, że uzyskane w ten sposób drewno można by wykorzystać do wytwarzania różnego rodzaju produktów, np. mebli. Wyroby te to naturalny sposób magazynowania CO2, w dodatku w pełni bezpieczny i niezwykle tani w porównaniu do CCS. Ponadto produkty, których nie wytworzymy z drewna, będą nadal potrzebne, a więc zostaną wytworzone z innych surowców, np. z tworzyw sztucznych, a to będzie generować dodatkową emisję gazów cieplarnianych. Ten przykład dowodzi, jak niebezpieczne może być nakładanie celów w zakresie emisji gazów cieplarnianych bez dogłębnej analizy „bottom up” wszelkich zagadnień związanych z realizacją takich założeń. Nie ulega żadnej wątpliwości to, że przedstawiony przez Komisję Europejską „Plan działania prowadzący do przejścia na konkurencyjną gospodarkę niskoemisyjną do 2050 r.” nie zawiera takich niezbędnych analiz.

Zbigniew Kamieński, zastępca dyrektora, Departament Rozwoju Gospodarki, Ministerstwo Gospodarki
Tytuł i śródtytuły od redakcji

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj