W epoce „szybciej, więcej, oszczędniej” – właściwie nie wiem, kiedy się ona zaczęła, a obawiam się, że już starożytni mogli tak mówić o swoich czasach – wszyscy zmuszeni są do udziału w procesie podnoszenia wydajności i „zbijania” kosztów. Jakiś czas się to nawet udaje, ale że każda rzecz ma swój koniec, to i tu dochodzi się do jakiejś granicy, poza którą zaczyna się absurd. 

I nie pomaga już ani „śrubowanie” planu, ani pokrzykiwanie na pracowników. Wtedy jedynym rozwiązaniem jest szybka zmiana opakowania (co daje jednak ograniczone możliwości) lub towaru czy, jak kto woli, produktu. Najlepiej na taki, którego koszty pozyskania zbliżone są do zera.

Najbardziej znanym (?) przykładem takich działań jest produkcja taniej żywności. Masła śmietankowe z kilkuprocentową zawartością masła, ryby, których waga po usmażeniu maleje o połowę, wysoko wydajne wędliny z „wkładem” bambusowym, boczek wędzony, który na patelni gotuje się zamiast smażyć, a dodatkowo wypuszcza mleczko sojowe – czyli wszystko, co kryje się w umownym pytaniu o ilość mięsa w mięsie. W przypadku żywności jesteśmy jednak trochę wyczuleni. Jeszcze pamiętamy smaki, a poza tym musimy ją kupować codziennie.

Są jednak również przykłady spoza branży żywnościowej, na które chyba mniej zwracamy uwagę, bo płacimy raz na jakiś czas i zapominamy, że to za nasze pieniądze. Mam na myśli telewizję, która za punkt honoru przyjęła dostarczanie widzowi możliwie taniej sieczki filmowej z cyklu „zabili go i uciekł”, dylematów moralnych amerykańskich policjantów i ich przeciwieństw oraz – czasami – całkiem niezłych filmów, tyle że mocno historycznych. Piszę „telewizja” bez określania, jaka, gdyż wszystkie robią to samo, różniąc się jedynie stopniem bezczelności w reklamowaniu swych usług. O misji nie wspominam, bo to nudne.

Hitem okazał się „wynalazek” audycji typu „tok” lub informacyjnych. I w radiu, i w telewizji. Kto się zmęczył słuchaniem czy oglądaniem przerywanych reklamami hitów (niczego innego się przecież nie nadaje), może posłuchać lub obejrzeć przeraźliwie monotonny przekaz tzw. wiadomości. Robią one duże wrażenie zwłaszcza w telewizji. Pani zapowiada, iż na drodze krajowej nr… wydarzył się wypadek i tu następuje jego opis. Następnie pani informuje, iż na miejscu wypadku znajduje się Aneta. Słodziutko do Anety: „Powiedz nam, Aneto, co się w tej chwili dzieje?”. Nie dzieje się nic, co widać na ekranie, ale Aneta płynnie, bez nabierania powietrza – swoją drogą, jak oni to potrafią? – wali tekst, który przed chwilą wypowiedziała pani w studio. Ma to ten plus dla widza, iż nabiera przynajmniej przeświadczenia, że ta w studio i ta na drodze nr… mówią o tym samym. Dla właściciela stacji pozytywem jest to, że minuty upływają, relacja jest tania, a powtarzana w nieskończoność znakomicie obniża koszty przekazu. Podobnie taniutką formą przekazu jest rozmowa, a właściwie coraz częściej rozmówka. Zainteresowani wiedzą, że ostatnio tematem wiodącym jest kryzys gospodarczy. Ten, co to nie miał przyjść, a przyszedł. Hit absolutny. Jak rzadko kiedy – jak na dłoni – ukazuje się definicja eksperta. Jest to mianowicie osobnik, który w sposób jasny i wiarygodny potrafi wytłumaczyć, dlaczego poprzednio się pomylił. Sprowadzony do studia ekspert czuje się w obowiązku mieć zdanie przynajmniej trochę różne od zdania innych ekspertów. Czuje się bezpiecznie, gdyż nie ma możliwości weryfikacji wygłaszanych twierdzeń. Może więc opowiadać kompletne idiotyzmy. W efekcie widz w nagrodę za swe zainteresowanie uzyskuje absolutny mętlik w głowie i dochodzi do jedynie słusznego wniosku, że o ile na drodze nr… zdarzył się wypadek, o tyle w sprawie kryzysu „nikt nic nie wie”.

I tak strawa, ta fizyczna i ta duchowa, w imię zwiększenia wydajności i obniżenia kosztów produkcji zamieniają się w papkę bez smaku i treści. Najgorsze, iż nie bardzo widać wyjście. Chyba że ktoś jest złośliwy.

Wojciech Sz. Kaczmarek
Tytuł od redakcji

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj