Zdaję sobie sprawę, iż – stawiając takie pytanie – narażam się na zarzut, że przecież już wszystko wiadomo: przeciwnicy ekologii wiedzą swoje, a stawianie takich pytań zwolennikom jest stratą czasu. I tak, i nie.

Na takie pytanie zdarza mi się odpowiadać wiele razy i próbę tę podejmuję zawsze, gdy podczas różnych wędrówek widzę, jak bezmyślnie dewastuje się środowisko. Narzekanie na ekologów pokazujących skalę zniszczeń, Unię Europejską nakazującą wprowadzanie prośrodowiskowych norm i Bóg raczy wiedzieć kogo tam jeszcze na niewiele się zda – sami musimy zrozumieć potrzebę ochrony środowiska i dostrzec w ekologii ochronę środowiska swojego życia.

Zachwyt utracony

Kolejnym pretekstem do takich przemyśleń była wędrówka wakacyjna, która poprowadziła mnie na południe naszego kraju. W jednej z wiosek na południowym wschodzie Polski stanąłem zachwycony wobec faktu, że wodę czerpie się tam ze studni albo pije wprost z kranu. Ten zachwyt bardzo szybko stopniał, gdy w drodze po piwo (a jakżeby inaczej w upalne lato?) minąłem strumyk ciągnący się przez tę wieś. I co zobaczyłem? Rozkładające się śmieci, opakowania po jogurtach, butelki, stare opakowania po dezodorantach… Z jednej strony cieszymy się z możliwości picia wody z głębi Ziemi, ale z drugiej – nie widzimy niczego złego w zaśmiecaniu strumyków, które gdzieś tam te podziemne zasoby zasilają.

I tak jest ze wszystkim. Nie widzimy zależności między jednym a drugim. Łatwo było wytłumaczyć społeczeństwu szkodliwość emitowania do atmosfery przez dużą energetykę i przemysł toksycznych zanieczyszczeń oraz przekonać je do konieczności zakładania instalacji wychwytujących szkodliwe gazy i pyły. Jednocześnie zaś sporym kłopotem wydaje się przekonanie wielu Polaków mieszkających w dzielnicach domków jednorodzinnych, by przestali palić śmieciami w domowych kotłowniach, tak by nie emitowali szkodliwych, legendarnych już dioksyn i furanów, bo szkodzą sami sobie!

Niewiele sobie robimy z planów zabudowy przez deweloperów obszarów miast, które do takiej zabudowy się nie nadają – zabudowa bez analiz wpływu na sieć hydrologiczną częstokroć skutkuje wielkimi podtopieniami w centrach miasta i zalewaniem ulic. Zresztą wydzielanie obszarów inwestycyjnych w naszych gminach w wielu wypadkach dotyczy terenów zalewowych. Skutki powodzi w Polsce niejednokrotnie byłyby zdecydowanie mniejsze, gdyby nie to, że zalewało całe osiedla zlokalizowane w miejscach nienadających się do zabudowy.

Proste zasady ekonomii

Najłatwiej chyba „potrzebę ekologii” wytłumaczyć na przykładzie oszczędzania energii. Tam rachunek jest prosty: mniej zużywasz energii, mniej płacisz.

Ale ekonomicznie można wytłumaczyć właściwie wszystko: czym czystsza woda, tym mniejszy koszt jej oczyszczania i uzdatniania; im czystsze powietrze, tym mniejsze nakłady na ochronę zdrowia (kto pamięta raport OECD sprzed paru lat, dowodzący, że 2-3% procent chorób na świecie ma swoje źródło w zanieczyszczonym środowisku?) i na renowację budynków; im czystsze lasy i jeziora, tym bardziej wzrasta komfort naszego letniego wypoczynku, a gminy zwiększają atrakcyjność inwestycyjną…

Nawet w powszechnie obśmiewanych i krytykowanych próbach wprowadzania w Polsce kompleksowych systemów gospodarki odpadami jest głęboki sens. Dziś już żadne racje nie przemawiają za budowaniem składowisk odpadów, które bezsensownie zajmują przestrzeń – znacznie lepiej wykorzystać ją na cele publiczne w inny sposób: budowę ośrodków sportowych lub rekreacyjnych czy nawet zabudowę mieszkaniową. Jaki sens jest wydawać olbrzymie pieniądze na budowę i eksploatację składowisk, skoro można je przeznaczyć na budowę nowoczesnych systemów gospodarki odpadami, na odzysk, segregację i recykling, a także na odzysk energii w spalarniach? Spalarnie to instalacje, które w nowoczesnych systemach zmniejszają odsetek odpadów kierowanych na składowiska i umożliwiają wprowadzenie do sieci cieplnej lub elektrycznej dodatkowych mocy energetycznych.

Mam taką nadzieję, że świadomych trucicieli środowiska jest w Polsce w miarę mało. Gorzej jednak, gdy zarządzają dużą jednostką (np. zakładem przemysłowym), bo wtedy skala ich niszczycielskiej działalności jest bardzo duża.

Dla nas samych

Jednak trucie środowiska to nie tylko sprawa przemysłu i energetyki, to także kwestia pozostająca w decyzji każdego z nas, mieszkańców miast i wiosek, pracowników sektora bankowego, menedżerów, robotników, pracowników sektora IT, nauczycieli i urzędników. Czyli wszystkich użytkowników środowiska. To my, wędrując po letnich czy wiosennych szlakach, decydujemy o tym, w jakim stanie pozostawiamy miejsce swojego pobytu na plaży nad morzem czy jeziorem. To my wówczas decydujemy, czy będziemy myć samochody na leśnej polanie nad rzeczką, czy też poczekamy z tym do powrotu do miasta i zechcemy wyłożyć kilkanaście złotych na mycie auta w specjalnie przygotowanych do tego miejscach. To my, budując swoje domy, decydujemy, czy dołączamy się do sieci kanalizacyjnej, czy ścieki wypuszczamy wprost do ziemi. To my podczas wakacji, zamieszkując domki letniskowe, decydujemy, czy spuszczamy ścieki do pobliskiego rowu, albo pływając na żaglówkach lub innych łodziach – zrzucamy je wprost do jeziora czy czekamy z tym do momentu wpłynięcia do portu i opróżnienia ich przy specjalnych stanowiskach. To w końcu my codziennie, w każdym miejscu decydujemy, czy śmieci z biwakowania wyrzucamy nad jeziorem, do górskiej rzeki, czy też papierki i zużyte puszki schowamy do kieszeni lub plecaka i wyrzucimy potem do kosza.

Nie ma wyimaginowanych „trucicieli środowiska”. To każdy z nas stawia się w takiej sytuacji i wybiera rolę świadomego nieszkodliwego turysty lub postawę durnia kierującego się myślą „mnie tu za chwilę nie będzie, niech się martwią inni”.

Gdyby więc chcieć krótko odpowiedzieć na tytułowe pytanie, można to zrobić tak: „Po co ta ekologia? Dla nas samych”.

Krzysztof Mączkowski
Agencja Informacji i Ochrony Środowiska

"Przegląd Komunalny" 9/2014

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj