Wiem, że tytuł pachnie akwizycją i przesadą. Ale jak zachęcić czytelników goniących po sieci, aby na ten tekst, na początek, koniecznie poświecili choćby 5 minut? Bo jak „kupią” temat, to z pewnością przeczytają całą książkę, która mnie (i wszystkich innych, z którymi mam kontakt) wbiła w fotel lub łóżko i nie pozwala o jej przesłaniu przestać myśleć.
 
Marcin Popkiewicz, fizyk znany z zajmowania się ochroną klimatu (wymyślił kalkulator CO2), tłumaczeń książek o energetyce oraz licznych spotkań w kraju, wydał po kilku latach przygotowań księgę o największych problemach naszej cywilizacji. Mniej eufemistycznie jest to książka o niemożliwości utrzymania się tak działającej cywilizacji przemysłowej. Ale nie ma tam intelektualnej łatwizny i intuicyjnego katastrofizmu.

Zajmuję się ochroną środowiska ponad 30 lat. O wielu, może większości spraw, o których pisze autor, wiedziałem. Jednak systematyka, uporządkowanie wykładu, różnorodność dziedzin – od systemu gospodarczo-finansowego, przez zasoby energetyczne i demografię, po bioróżnorodność – oraz matematyczna logika wniosków i propozycji ratowania globu tworzy rzeczywiście nową, wyjątkową jakość.

Jedna z głównych tez książki jest szokująca – za kilka, może kilkanaście lat z braku surowców energetycznych (w szczególności ropy) dojdzie do wielkiego kryzysu ekonomicznego.
Choć na razie świat pławi się w błogim optymizmie. Mocno ugruntowana jest opinia, że zawsze sobie radziliśmy – inwencja ludzi, nowe technologie, uruchomienie zamienników energetycznych i jakoś to będzie. Nie ma się co straszyć brakiem energii… Ludzkość da radę.

Popkiewicz, unikając języka specjalistycznego – pisząc prosto i zrozumiale – rozprawia się z tym przekonaniem. Jego wywód rzetelnie ilustrują liczby, wykresy i cały ocean alternatyw wobec jeszcze istniejących, ale coraz mniej dostępnych kopalnych źródeł energii.

Ze swadą analizuje psychologię polityków, ośrodków opiniotwórczych oraz społeczeństw, i ich odporność, a także „umiejętność” wypierania tego rodzaju trudnych prognoz. Przypomina zachowania przed światowym kryzysem finansowym z 2008 r. Wówczas pojedynczy eksperci ekonomiczni przestrzegali, że tworzy się bańka finansowa – wydmuszka z pustego pieniądza, bez realnego pokrycia w nieruchomościach, która wywoła kryzys światowy. Nikt ich nie słuchał. Większość, w tym tzw. autorytety – nobliści, ośrodki naukowe, agencje ratingowe, struktury rządowe, politycy i media wyśmiewali tego rodzaju czarne wróżby, które się… sprawdziły i w wielu krajach rozpoczął się kryzys ekonomiczny trwający po dziś dzień.

Chciałbym aby autor „Świata na rozdrożu” się mylił. By jego prognoza katastrofy wywołanej zachwianiem popytu i podaży energetycznych źródeł nigdy się nie sprawdziła. Bo jednak lubię ten świat, choć nie lubię ludzkiej zachłanności i marnotrawstwa. Niestety, na podstawie wiedzy, którą mam o mechanizmach jakie rządzą naszą cywilizacją z jej bożkiem wzrostu i niezachwianą wiarą większości ekonomistów i polityków, że zasoby są niewyczerpalne trudno być optymistą. Nawet ci, którzy wątpią w „wieczność” zasobów energetycznych także wierzą, że mamy przez sobą jeszcze wiele dziesięcioleci życia w surowcowym dostatku. A ja, niestety, coraz bardziej jestem przekonany, że jeszcze za naszego życia doświadczymy kresu tej „cywilizacji wzrostu wykładniczego”. I jeśli – co autor też mocno i wielostronnie uzasadnia – jesteśmy na, lub już po, szczycie wydobycia ropy, to zaledwie chwile w skali naszej cywilizacji przemysłowej dzielą nas od wielkiego kryzysu wynikającego z braku ropy. Ropy, która stała się krwioobiegiem cywilizacji i tylko w niewielkiej części da się zastąpić innymi źródłami. Cywilizacja bez tej krwi staje się zupełnie inną cywilizacją. Jaką? Autor stara się przewidzieć skutki i możliwe scenariusze kryzysu światowego – od naprzemiennego falowania krótkich okresów wzrostu i dłuższych okresów spadków gospodarki, przez migracje ludzi z miast do wsi i odtwarzanie kultur agrarnych rodem z XIX w., po kompletny chaos, wojny o zasoby, olbrzymie ograniczenie populacji ludzkiej, wracające nas wieki wstecz, jak pisze, w kierunku scenariuszy filmu Mad Max.

Czytając „Świat na rozdrożu” nasuwało mi się porównanie z historią Titanica. Oto światowy chór liderów opinii, polityków i mediów tańczy wierząc w ludzki geniusz, że mamy energii w bród i żadne góry lodowe, żadne braki ropy i węgla nam nie straszne. Liczy się tylko wzrost oparty na PKB – idiotycznym instrumencie, który do wzrostu zalicza też m.in. długi i wydatki na zdegradowane środowisko. Marcin Popkiewicz także w pewnym momencie odwołuje się do porównania z tą symboliczną morską katastrofą. Ale w jego ocenie jest już bardziej dramatycznie. Jako cywilizacja już zderzyliśmy się z górą lodową ograniczonego pułapu kopalnych źródeł energii. Toniemy, ale mamy jeszcze trochę, choć niewiele, czasu na ratunek i zamiast to robić klaszczemy w rytm orkiestry na Titanicu…

Marcin Popkiewicz nie zostawia jednak czytelników tylko ze złymi wieściami. Pokazuje nam także płomyki nadziei. W środowisku organizacji ekologicznych, zielonych i ekonomistów środowiskowych jego postulaty są znane od lat. To na przykład: włączenie kosztów osieroconych, przerzucanych na innych, w tym na przyszłe pokolenia, do rachunku ekonomicznego, ekologiczna reforma podatkowa (opodatkowanie zasobów energetycznych i zredukowanie kosztów pracy, które doprowadzi do potanienia pracy i przyrostu miejsc pracy a podrożenie energii ze źródeł kopalnych – przynoszące ich oszczędności i stymulację do oszczędzania energii i budowy odnawialnych źródeł). Należy, docelowo w skali globalnej, a na początku w najważniejszych wysokorozwiniętych krajach (UE i USA) wprowadzić podatek węglowy zróżnicowany w zależności od wielkości emisji CO2 do atmosfery przez dane paliwo energetyczne – zastępujący podatki PIT i CIT. Tym powinno zastąpić się mało wydolny, krytykowany system handlu emisjami w UE.

Oczywiście byłaby to rewolucja w istniejącej realnie ekonomii i polityce. Niestety nie bardzo w nią wierzę, choć i tu chciałbym się mylić. Co więcej, będę sprawdzał gotowość naszych polityków do zmierzenia się z sytuacją, iż „ten Popkiewicz może mieć rację?!” Tak widzę też rolę partii Zieloni. Na konferencji w Sejmie (w końcu listopada 2012 r.) w obecności Elżbiety Bieńkowskiej, minister rozwoju regionalnego i Janusza Lewandowskiego, „naszego” komisarza ds. budżetu UE powiedziałem o tych zagrożeniach. Umówiliśmy się na spotkanie z panią minister. Sądzę, że z tymi ocenami należy zapoznać również BBN i Kancelarię Prezydenta RP.

Myślę, że taką rewolucję społeczno-gospodarczą można by przeprowadzić tylko wówczas, gdyby ludzkość dowiedziała się, że za chwilę „spadnie na nią meteoryt”. Normalni politycy, pod presją społeczeństw, zabiorą się za zmiany jednak dopiero wtedy, gdy to się wydarzy – w wyniku braku energii, wzrostu cen, paniki na giełdach, pominę te smutniejsze scenariusze. Ale Polacy czasem wykazują się geniuszem i skłonnością do ryzyka. Może w tej sytuacji, z wyprzedzeniem, przełamią jednak logikę światowej bezwładności?

Zachęcam wszystkich do lektury „Świata na rozdrożu”, choć wnioski z lektury dotyczące naszej przyszłości nie są budujące. Może właśnie dlatego. Im więcej nas będzie pytało o reakcje polityków, tym większa szansa, że jak dojdzie do kryzysu będziemy bardziej rozumieć sytuację i gotowi do niezbędnych zmian.
       
Radosław Gawlik
Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA
Partia Zieloni

„Świat na rozdrożu” – Marcin Popkiewicz, Wydawnictwo Sonia Draga, 2012 r.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj