Długo zastanawiałem się nad wyborem tematu do tego artykułu. Cały czas po głowie chodziło mi coś wiosennego, może dlatego, że w sercu ciągle maj? Mimo tej lekkości ducha, postanowiłem jednak napisać o czymś poważnym. A mianowicie o nadzorze właścicielskim. Cóż, pewnie poruszanie tej kwestii świadczy o zaniku instynktu samozachowawczego, ale co mi tam! Spróbuję. Mam nadzieję, że w okresie przedwakacyjnym ujdzie mi to na sucho.

Chodzi o to, by określić czytelne zasady gry o nazwie prowadzenie firmy lub biznesu. Jak kto woli. Trzeba umieć dogadać się z właścicielem przedsiębiorstwa po to, by czuć się rozumianym i żeby dostawać to, na czym nam zależy. Aby to osiągnąć, musimy jasno artykułować nasze potrzeby i uwagi. Bo jeśli tego nie zrobimy, to nie powinniśmy się dziwić, że zamiast sera dostajemy kaszankę. Rzadko jednak zdarza się, że zrozumiale i dobitnie sygnalizujemy nasze oczekiwania. Rozmawiając z kolegami z branży, odnoszę wrażenie, że właściciele często traktują nasze firmy jak piąte koło u wozu bądź też, co (o zgrozo!) czasem ma miejsce, jako zasobnik z pieniędzmi na wszelakiego rodzaju imprezy, na które w kasie gminnej nie wystarczyło środków.

Pasztet z królika

Ciągle problemem jest porozumienie pomiędzy pracownikami firmy a jej właścicielem odnośnie realizacji planów właściciela, wskutek czego powstaje całkiem niezły pasztet. Bowiem firmy te (chodzi zwłaszcza o przedsiębiorstwa komunalne działające na rynku ograniczonego monopolu) są traktowane w najróżniejszy sposób. Czasem jak łup powyborczy i wówczas mamy niejako problem z głowy, bowiem „swojego prezesa”, jak wiadomo, inaczej niż dobrze ocenić się nie da. Jednak takich sytuacji na szczęście jest coraz mniej, więc problem oceny prezesa i jego kolegów z zarządu staje się bardziej powszechny. I bardzo dobrze, choć w tym momencie chyba nieco tracę instynkt samozachowawczy, bo wszak sam jestem prezesem i gdzieś w głębi duszy chciałbym być przecież uważany za nieomylnego, a takiego człowieka, jak powszechnie wiadomo, nie osądza się. Ale jak ocenić prezesa, skoro nie ustaliło się zasad współpracy i okresowej weryfikacji? Kiedy właśnie taka sytuacja ma miejsce, prezes czuje się jak królik na polowaniu. Tymczasem właściciel i tak nie osiągnie tego, co zamierzał, bo nie nigdy powiedział, o co naprawdę mu chodzi, a prezes był zbyt zastraszony, by odważnie zapytać. Co wtedy robi prezes? Kryje się w swojej króliczej norze, dodatkowo stosując najróżniejsze zabezpieczenia, które mają go chronić przed znalezieniem się w trudnej sytuacji. A to wszystko ze strachu. Ale czy lękliwy królik może zarządzać firmą?

Odwagi!

Do tego, by móc się porozumieć, potrzebna jest odwaga. Po obu stronach. Konieczne jest branie odpowiedzialności za to, co się robi i co się mówi. Potrzebne jest męstwo prezesa, by wziął odpowiedzialność za swoje działania i mógł konkurować z innymi. Niezbędna jest odwaga i wiedza. Odwaga, by mówić publicznie rzeczy, które często nie są popularne, i wiedza, by mieć świadomość, czego się chce. Aby móc to opisać, nazwać i by nie zmieniać założeń co kwartał albo miesiąc. Sformułowanie w ten sposób oczekiwań daje szansę na uniknięcie niepotrzebnych napięć i nieporozumień podczas realizacji codziennych zamierzeń. Zapewni również szansę na bezkonfliktowe osiąganie celów właściciela oraz firmy.

Te wszystkie działania okazują się szczególnie trudne podczas gigantycznego wysiłku, jakim jest realizacja olbrzymiego programu inwestycyjnego, który pozwala naszym firmom nadrobić wieloletnie zaległości i doszlusować do przedsiębiorstw europejskich. Dodatkowym kłopotem okazuje się to, że nie ma w Polsce centralnego regulatora, który dawałby możliwość porównania efektywności działania poszczególnych firm. Dla naszych przedsiębiorstw to bardzo wygodne. Ale czy dobre? I czy równie korzystne dla ich właścicieli?
Nie jestem o tym do końca przekonany. Może nadejdzie jednak czas na przeprowadzenie poważnych zmian. W naszej piaskownicy też. 

Paweł Chudziński, prezes Aquanet, Poznań

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj