Mija 16 lat od wprowadzenia w Stanach Zjednoczonych przemysłowych upraw roślin modyfikowanych genetycznie. Koncerny patentujące ich nasiona „rozniosły” je po sporej części świata – Afryce, Ameryce Południowej, słabiej w Europie. Dziś możemy napisać – na szczęście.

Genetycznie modyfikowane organizmy (GMO) wprowadzano wraz z obietnicami zmniejszenia kosztów, ograniczenia potrzeby stosowania pestycydów i herbicydów oraz zwiększenia plonów. Obecnie coraz więcej różnych społeczności i naukowców mówi jak w pokerze – sprawdzam! No więc karty na stół!

Jak w praktyce wygląda owa obiecywana mniejsza chemizacja upraw, redukcja ilości pestycydów i herbicydów?

W Brazylii w 2004 r. (w porównaniu do roku 2000) zużycie sprzedawanego w pakiecie z GMO herbicydu Roundap wzrosło o 5%, a pozostałych pestycydów o ok. 30%1. W USA w latach 2000-2008 zużycie herbicydów na uprawach GMO wzrosło aż o 92% (najwięcej w latach 2007-2008). Także w Wielkiej Brytanii i Indiach w latach 2000-2005 odnotowano o ok. 80% większe zastosowanie glikofosfatu. Podwojenie zużycia pestycydów i herbicydów na uprawach modyfikowanych genetycznie potwierdziły też inne kraje: Argentyna, Australia, Chiny, Kolumbia i Meksyk. Zatem GMO nie zmniejszyły kosztów rolników, natomiast niewątpliwie przyczyniły się do znacznie większych zysków koncernów agrochemicznych. Jeden z największych – Monsanto – jest znanym producentem pestycydów oraz modyfikowanych genetycznie kukurydzy i soi, odpornych na ten herbicyd.

A co z argumentacją zwiększenia plonów?

W 2009 r. opublikowano raport naukowy „Failure to Yield”, zawierający porównanie (w ciągu ostatnich 20 lat) upraw GMO i tradycyjnych. W odniesieniu do kukurydzy i soi GMO z genem Bt rzeczywiście w ciągu pierwszych dwóch, trzech lat plony były wyższe od upraw tradycyjnych. Potem jednak gwałtownie spadły. To skutek skażenia gleby Roundapem. Zawarte w glebie związki mineralne wchodzą z nim w reakcję (tworząc chelaty), co obniża jej żyzność.

Statystyki potwierdzają redukowanie powierzchni upraw modyfikowanych genetycznie. W Meksyku w latach 1996-2006 pola z bawełną GMO zredukowano z 315 do 115 tys. ha, a w Afryce – z ok. 90 do 18 tys. ha.

Dramatyczne sygnały dochodzą też z Argentyny, Brazylii czy Paragwaju, które przeznaczyły ogromne areały pod uprawę soi GMO. Na wielkich monokulturach GMO miały miejsce załamania plonów na skutek suszy (Brazylia, Paragwaj), nadmiernego schemizowania, utraty żyzności gleb, pojawienia się odpornych na Roundap superchwastów oraz wzrostu kosztów upraw (Argentyna, Brazylia).

Dziś ponad wszelką wątpliwość wiemy, że nie można oddzielić roślin GMO od tych niemodyfikowanych, w tym w szczególności od upraw ekologicznych (organicznych). Nie istnieją bariery dla lekkich pyłków kukurydzy GMO, które stwierdzano w odległości ok. 1,5 km od upraw. Pszczoły potrafią je przenieść nawet na odległość 4,5 km od upraw! Kukurydza genetycznie modyfikowana łatwo zapyla kukurydzę tradycyjną, a z innymi pokrewnymi roślinami tworzy nieznane wcześniej na Ziemi mieszańce międzygatunkowe.

Warunkiem istnienia rolnictwa ekologicznego jest brak jakichkolwiek domieszek, skażeń i genetycznych modyfikacji. Wprowadzenie w Polsce GMO do przemysłowych upraw rolniczych to – wcześniej lub później – koniec rolnictwa ekologicznego.

Biorąc pod uwagę tylko powyższe doświadczenia, pojawia się nieodmiennie pytanie: po co nam GMO? Nam – po nic! Natomiast dla wielkich agrochemicznych firm z USA czy Kanady to kolejny rynek do podbicia, spore rolnictwo, dużo kukurydzy, ziemniaków itp. i możliwość sprzedania swoich produktów. Zieloni i ekolodzy dosadnie nazywają te produkty „żywnością Frankensteina” – ze względu na nieprzewidywalne i niemal niezbadane obecne i przyszłe skutki zdrowotne i środowiskowe.

Wobec nieufności polskich konsumentów – jak najbardziej słusznej – rząd USA, od lat promujący prywatne koncerny biotechnologiczne, proponuje taktykę nacisku politycznego oraz cichego sprzedawania GMO w paszach i w nasionach. To, co piszę, dla wielu może być sygnałem jakichś uprzedzeń czy antyamerykanizmu, ale, niestety, taka jest taktyka koncernów i wspierającego je rządu Stanów Zjednoczonych. Niezbicie dowiodły tego depesze ambasady USA z rozmów urzędników amerykańskich ds. biotechnologii z polskimi politykami i dziennikarzami, ujawnione przez Wikileaks w ubiegłym roku. Oto cytat jednej z nich: „W najbliższym czasie jest kluczowe, aby pracować z członkami polskiego rządu, aby zapobiec proponowanemu dwuletniemu moratorium na nasiona GM i aby wpłynąć na kształt przyszłych przepisów o koegzystencji z nadzieją zapewnienia, że nie będą one tak restrykcyjne, aby zapobiec komercyjnemu użytkowaniu ziarna GMO w Polsce. Stopniowe wprowadzanie GM ziarna paszowego (w przeciwieństwie do konsumpcji przez ludzi) mogłoby w końcu zmiękczyć społeczny sprzeciw wobec innych zastosowań GMO”.

Zmiękczyć, dodajmy, przez sukcesywne zanieczyszczanie zmodyfikowanymi genami całego rolnictwa. To droga tylko w jedną stronę – i to bez powrotu! Sztuczne geny, które wejdą w łańcuchy z naturalnymi, zaskoczą nas zapewne niejednym. Ale to nie jest zmartwienie rządu USA, koncernów i sporych grup naukowców, które, pewnie nieźle, dzięki nim żyją.

Radosław Gawlik, Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA, Zieloni 2004

Źródło
1. Wiąckowski S.K., Cichosz G.: GMO – oczekiwania i fakty. „Hodowca bydła” 1/12.

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj