W tym wydaniu postanowiłem napisać o czarodziejach. Nie mam tu na myśli postaci z baśni, ale osoby, których sposób przekonywania to istne sztuczki magiczne. Prawdopodobnie każdemu z nas zdarzyło się spotkać domokrążców chodzących od domu do domu i zachwalających różne towary. A to superodkurzacz, przy którym wszystkie inne to „zakurzacze”, lub ekstragarnki, niemal same gotujące, albo też rewelacyjne filtry do wody, które sprawią, że będziemy długowieczni. Dokładnie na tym samym polega działalność obnośnych handlarzy w naszych firmach.

Wybór technologii

Niestety, nie doczekaliśmy się w Polsce instytucji, która mogłaby być autorytetem technicznym w naszej branży. Szkoda, bo musimy radzić sobie sami. Jak wiadomo, od wyboru technologii zależy wiele. Czasem stanowi ona klucz do sukcesu danego projektu. I tu właśnie pojawia się problem. Istnieje kilka szkół podejmowania decyzji w sprawie wyboru wariantów poszczególnych technologii. Jedni wprost kopiują rozwiązania z krajów Europy Zachodniej. Jest to działanie poprawne, ale nie pozbawione mankamentów. Nie ma przecież jednej obowiązującej technologii w starych krajach członkowskich. Poza tym często rozwiązania te są już anachroniczne, ponieważ proces inwestycyjny w tamtych krajach de facto zakończył się (jeśli chodzi o naszą branżę) kilkanaście, a niekiedy nawet ponad dwadzieścia lat temu. Z kolei na testowanie każdej z proponowanych technologii z reguły nie ma czasu ani pieniędzy. Zdarza się więc, że decyzja o doborze urządzeń i technologii nie jest optymalna, a w niektórych przypadkach okazuje się nawet przypadkowa. Nie rozpowszechniono też standardów wyboru poszczególnych rozwiązań, które dawałyby gwarancję optymalizacji kosztów inwestycji i eksploatacji w okresie funkcjonowania projektu. Drugą grupę (a właściwie typ) podejmujących decyzję można określić mianem „turystycznej”. Nauka przez podróże. Nigdy tego nie praktykowałem, więc nie jestem w tym ekspertem. Podobno podróże kształcą. Ale czy zawsze i wszystkich?

Nie ma dobrych rozwiązań

Prawdę tę znają wielcy magicy, zatem przychodzą do nas z gotowymi „rozwiązaniami”. Niemniej mam wrażenie, że dotyczą one jedynie finansowych problemów samego iluzjonisty. Kiedy baczniej przyjrzymy się oferowanym nam rzekomo cudownym rozwiązaniom, to już po chwili orientujemy się, że nie są one tak rewelacyjne. Okazuje się nieprawdą to, że proponowane technologie stosuje się powszechnie, a nawet jeśli już gdzieś zdecydowano się na ich wykorzystanie, to nie zapewniają one takich rezultatów, o jakich z zachwytem opowiada nasz magik. Na domiar złego na końcu wychodzi na jaw, że prezentowane rozwiązanie ostatecznie kosztuje znacznie więcej niż sugerowano. Gdy mówimy, iż nie jesteśmy zainteresowani taką wątpliwą inwestycją, wówczas czarodziej udaje się do naszych władz (przecież wiadomo, że władza wie najlepiej), by poskarżyć się na nas, opowiadając o tym, jakimi jesteśmy nieudolnymi amatorami (oczywiście władza to fachowcy w każdej dziedzinie) albo ludźmi skorumpowanymi. Na tym etapie sprawa zasadniczo powinna się zakończyć – przełożeni bez wątpienia winni zlekceważyć magika. Jednak nie zawsze to robią. Ponadto włodarze, zamiast zwrócić się do jakiegoś autorytetu w celu zasięgnięcia opinii, sami czasem zaczynają czuć się jak światowej klasy eksperci. Mieliśmy już kiedyś taką epokę, gdy władza była najmądrzejsza. Właściwie tylko ona była mądra. I wydawało się, że po dwudziestu latach ten etap definitywnie mamy za sobą. Tymczasem okazuje się, że nie do końca. Pokusa bycia mądrym „sekretarzem” bywa tak wielka, że niektórym nie udaję się jej oprzeć.

Mamy problem

I w tym momencie zaczynają się kłopoty. Po jednej stronie barykady staje władza z magikiem, a po drugiej zwykłe, szare robaczki z wodociągów. I kto ma rację? Wiadomo! Przecież nie ci od pompowania wody! Pół biedy, gdy to wszystko kończy się wielką pyskówką, która nie rodzi poważnych konsekwencji. Sytuacja staje się trudna, kiedy władzy udaje się wymusić na firmie zastosowanie takiego „cudownego rozwiązania”. W następstwie efekty są zawsze takie same – włodarze uciekają od problemu, a magik… idzie do kolejnej firmy, by opowiadać o swojej rewolucyjnej technologii. Głosi, że już gdzieś udało się ją zastosować i tylko w wyniku merytorycznych braków pracowników nie osiągnięto zadeklarowanych rezultatów. Cóż, można i tak. Przecież czarodziej za to nie płaci. On na tym zyskuje.

Właśnie w ten sposób odbija się na codziennym życiu naszej branży brak autorytetów, zarówno osobowych, jak i instytucjonalnych. Na szczęście jest to zjawisko dość marginalne i nie rzutuje na kondycję finansową całego sektora. Jednak niech to nie uśpi naszej czujności, bo może nas kiedyś zbudzić armia „pierwszych sekretarzy”.
 
Paweł Chudziński, prezes Aquanet, Poznań


 

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj