Kompetencją rady gminy (oprócz tych, które opisałem ostatnio) jest stanowienie taryf. Rola rady gminy wydaje się w tym zakresie znacząco ograniczona. To bowiem firma wodociągowa jest inicjatorem wniosku taryfowego, a wójt (burmistrz, prezydent) kontroluje zasadność ponoszonych kosztów. Rada gminy ma ustawowe prawo jedynie do zatwierdzania taryf. Czy to oznacza, że rada gminy nie ma nic do powiedzenia w polityce ich kształtowania? Nic bardziej błędnego. To właśnie rada ma prawo (moim zdaniem ma wręcz obowiązek) do ustalania zasad kreowania polityki taryfowej.

Mechanizm dopłat

Podstawową kwestią jest dość powszechnie stosowany mechanizm dopłat. By mógł on być zastosowany, rada gminy musi z odpowiednim wyprzedzeniem poinformować o tym wójta oraz firmę wodociągową, aby uwzględnić dopłaty w swoich kalkulacjach (nie jest bowiem prawdą, że dopłaty nie wpływają na rachunek przedsiębiorstwa, gdyż ich wprowadzenie powoduje ograniczanie stanu należności, a przez to potencjalne zredukowanie kosztów, jeśli przedsiębiorstwo posiłkuje się zewnętrznym źródłem finansowania). Mankamentem takiego rozwiązania jest jednak skłonność niektórych radnych do zwiększania co roku poziomu dopłat, by taryfy nie rosły w ogóle. Wówczas po kilku latach dochodzi do wyczerpania możliwości budżetu gminy w zakresie subsydiowania działalności wodociągowej, więc dopłaty likwiduje się, skazując mieszkańców na jednorazowe, nawet kilkudziesięcioprocentowe podwyżki. O skutkach takich działań nawet nie warto wspominać, a ci, którzy byli ich inicjatorami, z reguły są już zwolnieni od odpowiedzialności. Nawet politycznej. Nie wspominam tu o wątpliwych walorach dopłat w kontekście tak zwanej sprawiedliwości społecznej, bowiem dopłaty w większym stopniu wspomagają ludzi zamożnych, zużywających więcej wody, niż tych potrzebujących. Nie jestem zwolennikiem takiego rozwiązania.

Strefy

Drugą istotną kompetencją rady gminy w ramach kreowania polityki taryfowej są tak zwane strefy taryfowe. Z pozoru brzmi to zachęcająco. Pomińmy jednak kwestię rozdzielania taryfy na różne gminy wówczas, gdy firma operuje na terenie większym niż jedna gmina. Ważniejsze jest to, co dzieje się, kiedy w jej ramach dzielimy klientów na poszczególne strefy taryfowe. Takie pomysły pojawiają się wówczas, gdy przedsiębiorstwo oraz budżet gminy nie są w stanie przy danym poziomie taryf wyposażyć w infrastrukturę nowych obszarów. Wówczas oblicza się koszty realizacji np. sieci wodociągowej na tym terenie, a następnie, licząc koszty eksploatacyjne, ustala się taryfy. Z reguły takie wyliczenia przyprawiają o ból głowy nie tylko tych, którzy mieliby płacić wg oszacowanych taryf, ale również włodarzy gminy i samą firmę wodociągową. Nie wiadomo, co począć z takimi wyliczeniami, zgodnie z którymi np. metr sześcienny wody ma kosztować 35 złotych. Można wówczas założyć (a moim zdaniem nawet trzeba) maksymalny poziom taryf, który na terenie danej gminy będzie akceptowalny, by istniała możliwość ściągania należności. Co zaś zrobić z resztą? Warto znaleźć jakiegoś „sponsora”, np. w postaci samych zainteresowanych, lub w ramach budżetu gminy bądź jakiegoś funduszu ochrony środowiska. By rzetelnie podejść do takiego problemu, trzeba sobie odpowiedzieć na dwa podstawowe pytania. Po pierwsze, kto na tym najbardziej skorzysta, a po drugie, w jaki sposób do tej pory finansowano infrastrukturę już istniejącą. Trudno bowiem zmienić reguły w trakcie gry, odciąć się od historię i powiedzieć, że od jutra ma to być tylko czysty biznes, skoro duża część majątku firm wodociągowych powstała poprzez finansowanie z różnych budżetów (czytaj z podatków również tych ludzi, którzy dziś starają się o rurę z wodą przed własnym domem). Powszechnie wiadomo, że okres zwrotu z inwestycji wodociągowych jest bardzo długi (znacznie dłuższy niż czas finansowania zewnętrznego dostępnego na rynku), a inwestycji kanalizacyjnych jeszcze dłuższy, wręcz ocierający się o wieczność… Dlatego nie można oczekiwać realizacji tego typu przedsięwzięcia wyłącznie przez firmę wodociągową, bowiem nigdy nie będzie ona w stanie ukończyć go za pożyczone pieniądze. Odpowiedź na pytanie, kto na tym korzysta, jest za każdym razem inna. Jednak głównym beneficjentem rozwiązań ponadlokalnych wydaje się gmina. Ona bowiem czerpie najwięcej zysków z rozwoju infrastruktury poprzez podniesienie wartości nieruchomości będących jej własnością, jak również wskutek przyciągnięcia kolejnych inwestorów. Kilkanaście lat temu widziałem, jak w poprzek drogi poprzekładano węże (takie ogrodowe). Zapytałem wówczas mojego kolegę z tamtego regionu, czy mają jakąś awarię? Okazało się, że przyczyną była znacząca różnica cen wody po jednej i drugiej stronie drogi. W efekcie przedsiębiorstwo ponosiło straty, których nikt nigdy nie pokrył. Ci zaś, którzy do tego doprowadzili, nie powiedzieli nawet „przepraszam”.

Pieniądze czy misja?

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na problem, o którym już nie raz wspominałem. Właściciel musi wiedzieć, czego oczekuje od przedsiębiorstwa wodociągowego, i przekonać do tego wszystkich zainteresowanych. Czy chce maszynki do produkcji pieniędzy, a może firmy misyjnej, która będzie czyniła dobro w jego gminie. A może raczej chciałby, by przedsiębiorstwo stanowiło wydział urzędu gminy, aby móc codziennie wydawać inne polecenia i mieć poczucie realnego wpływu na jej działalność? Niestety, trzeba samemu wybrać, a potem tego wyboru konsekwentnie się trzymać. Bo to jest uczciwe.

Paweł Chudziński, prezes Aquanet, Poznań

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj