Dawno się nikomu nie naraziłem, więc postanowiłem to zmienić. Pewnie w jakimś stopniu świadczy to o intensywnym zanikaniu instynktu samozachowawczego, ale nie mogę na to nic poradzić. Postanowiłem bowiem napisać o wyborach. Ale wcale nie o wyborach parlamentarnych, samorządowych czy też innych politycznych. Tylko o wyborach władz Izby Gospodarczej „Wodociągi Polskie”. Jest to temat na tyle delikatny, że nikt nie porusza go poza zaciszem gabinetów. Zapragnąłem to zmienić. Otóż w bieżącym roku swoją kadencję kończy Rada Izby, a wraz z nią wszystkie jej pozostałe organy. Nie byłoby w tym nic ekscytującego, gdyby nie to, że odnoszę wrażenie, iż wszyscy boją się o tym mówić. Tego właśnie nie rozumiem. I pewnie dlatego starcza mi odwagi na to, by o tym pisać.

Wyborcza kampania autobusowa

Istnieje opinia, że Rada Izby tworzy jednolity twór. Nie powiem, żeby to przeświadczenie miało niepodważalne podstawy. To jest mniej więcej tak prawdopodobne, jak to, że sejm będzie składał się tylko z przedstawicieli jednej opcji politycznej, i to na dodatek tak samo myślących ludzi. Nie ma takiej możliwości. Myślenie idealistyczne powoduje niepotrzebne napięcia oraz złudne poczucie ładu, spokoju i wiecznej szczęśliwości. Jednak życie rządzi się swoimi prawami i nigdy nie uda się osiągnąć całkowitej zgodności poglądów oraz przekonań. A jeśli wydaje nam się, że jest to możliwe, świadczy to jedynie o naszej obłudzie, naiwności lub niekompetencji. Nie wszyscy myślą tak samo o Izbie, jej obecnym stanie i przyszłości. Jest tak, choćby ze względu na różne punkty widzenia i doświadczenia życiowe. Dodam tylko, że nie będę kandydował na stanowisko prezesa ani dyrektora Izby. I ten artykuł nie jest elementem kampanii wyborczej. Chciałbym teraz napisać parę słów właśnie na temat moich doświadczeń z prowadzenia kampanii do Rady Izby. A nie są one, niestety, najlepsze. Na potrzeby tego tekstu przyjąłem określenie „wyborczej kampanii autobusowej”. Polega ona mianowicie na tym, że dana grupa prezesów i ich pomocników organizuje wyjazd na zgromadzenie Izby, na którym przeprowadza się wybory i ustanawia się skład Rady. Jest to niewątpliwie (jak pokazuje historia wyborów) bardzo skuteczna metoda wybierania „swoich”. Ale czy efektywna w wyborze najlepszych? Według mojej koncepcji każdorazowo kandydat na dyrektora czy też prezesa powinien przedstawiać grupę osób, z którą chce pracować w kolejnej kadencji. Wszystko musi być jasne w dniu wyborów. Powinno być jasne, z kogo będzie składała się Rada i kogo wybierze ona na prezesa oraz dyrektora. To rzecz naturalna w demokratycznym systemie wyborczym. Należy sobie tylko zadać pytanie: czy naprawdę chcemy, by nasz system był właśnie taki? To wcale nie jest pytanie retoryczne, bo Izba jest taką trochę quasi-firmą, a w praktyce gospodarczej demokracja nie zawsze daje najlepsze rezultaty. Z drugiej zaś strony każdy z uczestników tej gry ma prawo zapewnić sobie odpowiednią rolę w „zabawie”, od której wyników zależeć będzie w dużej mierze los naszej branży w kolejnych latach.

Od ogółu do szczegółu

Tyle mądrości ogólnych. Jeśli natomiast chodzi o szczegóły, to pewnie najlepiej byłoby ustanowić jakieś parytety reprezentantów poszczególnych regionów kraju i firm według wielkości. Jednak jest to pomysł tak samo realny, jak uczenie konia latać. Niby można to zrobić, bo każdy słyszał o pegazie, ale jak na razie nikt go jeszcze nie widział. W związku z tym musimy wymyślić coś, co by nas oddalało od „wyborczej kampanii autobusowej”, ponieważ ona naprawdę nie przynosi korzyści branży. O koncepcjach dotyczących przyszłości Izby najlepiej byłoby rozmawiać otwarcie, bez obrażania się na siebie. Poza tym powinno mówić się uczciwie o odniesionych sukcesach i poniesionych porażkach dotychczasowej władzy. Dobrą ideą byłoby pewnie zwołanie jeszcze przed wyborami walnego zgromadzenia, na którym można by przedyskutować kluczowe kwestie oficjalnie, a nie w ukryciu lub przez telefon. Nie „knucie”, a rzeczowa wymiana argumentów. Nie „przewroty pałacowe”, a wybór lepszej oferty. Do tego jednak potrzeba odwagi. Bieżący rok, właśnie z okazji wyborów, daje szansę na otwarty, rzeczowy dialog odnośnie Izby. Ale czy tę szansę wykorzystamy? Czy za rok będziemy mówić o postępie czy o stagnacji? Czy starczy nam odwagi, żeby poruszyć tematy tabu? Takie jak choćby składka płacona przez każdego członka Izby w wysokości jednego tysiąca złotych rocznie? Czy będziemy w dalszym ciągu utrzymywać, że jest to spory wydatek dla jakiejkolwiek firmy? Przecież wiemy, że to nie z tytułu wysokości składki niektóre przedsiębiorstwa rezygnują z członkostwa w Izbie. Czy będziemy mieli odwagę podyskutować na temat konkurencyjności oferty targów branżowych i zachowania się rynku wystawców? Czy może utwierdzimy się w poczuciu własnej wielkości, nieomylności oraz wyolbrzymimy nasze sukcesy? To ostatnie zdanie wcale nie jest skierowane wyłącznie do obecnych władz Izby, ale do całego środowiska i jego odpowiedzialności za istnienie choćby jednej imprezy wystawienniczej naszej branży w Polsce za pięć lat. I jak mówią Anglicy: „the last but not least” problem siedziby Izby. Pomimo mojej serdecznej sympatii dla obecnego dyrektora oraz prezesa, to ich miejsce zamieszkania nie może determinować miejsca siedziby Izby. W przeciwnym razie aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby kiedyś dyrektorem lub prezesem został ktoś z Cisnej. Czy starczy nam odwagi? Czy też może po raz kolejny zwycięży kunktatorstwo? Miało być ostatnie, ale… Myślę, że warto też podejść do problemu wielkości Rady Izby. Dwadzieścia jeden osób to ciało pewnie dość reprezentatywne, ale z drugiej strony – nieruchawe. Czy zdecydujemy się jednak wyciągnąć rękę do firm należących do naszych członków, a niebędących firmami wodociągowymi i zaproponować im choćby jedno miejsce w Radzie Izby? A może, jak podpowiedział ktoś w kuluarach na Kongresie, powinny być dwie Rady? Jedna od kontroli zarządzania, a druga od doradztwa?

Skończyłem już pytać. Ciągle jednak mam nadzieję, że starczy nam odwagi, by mówić otwarcie, a z drugiej strony, by słuchać i spierać się na argumenty, a nie obrażać. Trzeba mieć odwagę, aby powiedzieć: „bardzo cię lubię, ale zupełnie się z tobą nie zgadzam”. Nie da się być równocześnie w rządzie i w opozycji. Odwaga już bardzo staniała. Ale czasami i tak nie wszystkich na nią stać. Czasami ma ona wymiar jednego tysiąca złotych. Na rok.

Paweł Chudziński, prezes Aquanet, Poznań

Artykuł opublikowany w miesięczniku "Wodociągi-Kanalizacja" nr 1/2009


UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj