Cóż, nadeszły wakacje. Nareszcie. Nikomu zapewne nie chce się zgłębiać poważnych zagadnień, więc postaram się nie poruszać tematów zbyt ambitnych. Trudno na poczekaniu coś „lekkostrawnego” wymyślić, ale jeśli się człowiek postara i wytęży szare komórki, które mu jeszcze pozostały, to jest szansa, że się uda. Zobaczmy, jakie będą tego efekty, bo przecież ex nihilo nihil.

Pewnie każdy miał styczność z procedowaniem nad najbardziej sprawiedliwym sposobem podziału jakiegoś dobra. Pierwsze przykłady ludowej sprawiedliwości pochodzą jeszcze z czasów pierwotnych. Ja za to całkiem dobrze pamiętam sprawiedliwość socjalistyczną. Wówczas to ze specjalnym namaszczeniem rozdawano to, czego się nie wyprodukowało. Komitety kolejkowe i partyjne ustalały zasady przydziału dóbr luksusowych, takich jak odkurzacze i lodówki. Wiem, że teraz może brzmieć to troszkę śmiesznie, ale… Dzisiaj też zajmujemy się rozdawnictwem w wielu kwestiach. I pewnie za kilkadziesiąt lat będzie to niektórym wydawało się zabawne. I właśnie o tym chciałbym kilka słów napisać.

Historia pamięta…

Jeszcze kilka lat temu istotnym problemem w firmie był przydział ręczników służbowych. Oczywiście należało zmianę takich przydziałów ustalić ze związkami zawodowymi. W dyskusjach na ten temat obie strony zażarcie argumentowały, kto bardziej ubrudzi się podczas pracy: maszynista czy sprzątaczka. Dyskusje toczyły się miesiącami, aż ktoś w końcu machnął na wszystko ręką i za jednym pociągnięciem pióra historia przydziału ręczników służbowych w firmie została zakończona. Były też deputaty na węgiel (nie mogę sobie tu odmówić przyjemności przypomnienia nazwy dokumentu, który upoważniał do odbioru przydziałowego węgla – chodzi oczywiście o cedułę!). Istniały jakieś bardzo mądre i zapewne sprawiedliwe zasady podziału tego węgla, który to w miarę upowszechniania się systemów centralnego ogrzewania tracił swoją atrakcyjność i wyjątkowość, a stawał się środkiem płatniczym drugiego obiegu. I jedyne, co po nim dzisiaj pozostało, to powiedzenie: „szpetny jak kwit na węgiel”, odnoszące się do wyglądu wspomnianej ceduły i służące do wyrażania estetycznych sądów.

Wakacje pod gruszą

Dzisiaj mamy do czynienia z zupełnie innym rodzajem rozdawnictwa. Pomijam tu system podatkowy, bo to za bardzo pachnie polityką i nie chcę sobie rąk ubrudzić, mieszając się do tych spraw. Mam na myśli ustalanie zasad korzystania z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych. Pewnie w zdecydowanej większości firm takowy istnieje. I zapewnie we wszystkich istnieje ten sam problem. Po pierwsze, fundusz jest za mały, a po drugie, środki trzeba jakoś podzielić. I o ile pierwsza kwestia niespecjalnie od nas zależy, o tyle sprawiedliwy podział – owszem. I to bardzo. Chodzi o tak zwane wczasy pod gruszą. To one właśnie prowadzą do najbardziej ostrych dyskusji, a na końcu powodują moralnego kaca. Jakakolwiek metoda podziału środków zawsze będzie w czyjejś ocenie niesprawiedliwa. Ci, którzy najwięcej do tego funduszu wnoszą, czyli najlepiej zarabiający, najmniej z niego otrzymują. I niby jest to w jakiś sposób sprawiedliwe społecznie, ale z drugiej strony, kto powiedział, że akurat wyjazd na wakacje jest działalnością socjalną? Przecież o wiele bardziej byłoby nią dopłacanie uboższym do leczenia czy też zakup podręczników dla dzieci pracowników najmniej zarabiających. A my przecież robimy coś dokładnie odwrotnego. Fundujemy najmniej zamożnym pracownikom i ich rodzinom wczasy, do których przecież i tak dużą część muszą dołożyć z własnej kieszeni. A niedługo po ich powrocie z urlopu zaczyna się rok szkolny i pojawia się konieczność wyłożenia niebagatelnych kwot na podręczniki i wyposażenie szkolne. A przecież dopiero co wrócili z wakacji, na których te pieniądze stracili. Nie chcę przez to powiedzieć, że najmniej zarabiający nie powinni wyjeżdżać na wczasy, a jedynie to, że należałoby ponownie przemyśleć cele stawiane przed funduszem socjalnym, a właściwie przed jego dysponentami. I nie należy ulegać naciskom różnych grup czy też organizacji, a raczej pomyśleć o długofalowych skutkach podejmowanych decyzji. I czasem to, co wydaje się mało logiczne i wręcz wyzute z uczuć, po latach przynosi efekty. Pod warunkiem jednak, że decyzje są przemyślane i konsekwentnie realizowane. Ale to pewnie zadanie już na kolejny rok.

Teraz więc cieszmy się wakacjami. Tymi finansowanymi z funduszu socjalnego również. I tylko niech nikt nie próbuje mi wmówić, że jestem przeciwko funduszowi socjalnemu jako takiemu. Wakacje bowiem należą się każdemu. Ale nie chciałbym, żeby fundował mi ktoś urlop np. w Tokio, bo pieniądze, które musiałbym do tego pobytu dołożyć, mocno nadszarpnęłyby mój domowy budżet. Może więc dobrze, że zbyt wielkiego dofinansowania na te wczasy nie dostaję. Bo może później nie byłoby mnie stać na to, żeby się cieszyć, a zostałoby mi już tylko narzekanie. Zatem wszystkim życzę wesołych wakacji. No i wróćmy zdrowi oraz wypoczęci. Udanych wczasów!

Paweł Chudziński, prezes Aquanet, Poznań


 

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj