Jesteśmy po kolejnym (wcześniejsze odbyły się w Rio de Janeiro w 1992 r. oraz w Kioto w 1997 r.) wielkim Szczycie Klimatycznym. Kopenhaga – wielka szansa na odparowanie ciosu klimatycznego miecza – została osłabiona przez kunktatorstwo i kombinacje liderów wielu spośród państw uczestników. A wróg nie czeka. Zwiera szyki i kumuluje się w atmosferze dzień po dniu. Oczywiście, mamy postęp w „skrzykiwaniu” narodowych armii. Większość ludzi odetchnęła. Politycy coś przyjęli, zmiany będą, ale nie za wielkie i sprawiedliwie rozłożone (czyli to nie my głównie zapłacimy), nasz standard życia nie ucierpi (!?). A w dodatku większość nie do końca wierzy w tę wojnę o klimat. W dobrym tonie dziennikarzy, niedopieszczonych naukowców i celebrytów, jest być na przekór większości. To jest jakiś psychologiczny fenomen albo aberracja. Bo przecież wszyscy widzą, liczą i komentują różne, coraz częściej spadające na nas lub sąsiadów, klęski żywiołowe. Mamy ponownie nadzieję, że Zieloni i ekolodzy przesadzają i nie jest tak źle z tym klimatem. A właściwie jest prawie normalnie.

Tymczasem powinniśmy „budować arki przed potopem”. Fachowo nazywa się to „adaptacja do zmian klimatycznych”, które już mają miejsce i będą się nasilać. Chodzi o przystosowanie do nowych warunków gospodarek, społeczeństw i ekosystemów. To naprawdę wojna, gdzie trzeba wiele poświęcić, by nie polec. By Polska, Ziemia i my na niej mieli szansę przetrwać. Im szybciej ludzkość i jej przywódcy to zrozumieją, tym większe szanse na „kontrolowaną jazdę z ociepleniem”.

Naukowcy czasem się mylą, ale raczej nie tym razem. Musiałoby się ich mylić (jednocześnie!) ponad 10 tys. z całego świata, zaangażowanych w Międzyrządowy Panel Klimatyczny (IPCC). To musiałoby być jakieś zbiorowe szaleństwo albo spisek. Ale przecież nikt spośród uczestników klimatycznych dyskusji nie podważa wskazań termometrów. Średnia temperatura Ziemi w ubiegłym wieku wzrosła o 0,8°C.

Naukowcy i politycy zgodzili się – to ważny sukces – co do celu naszych przyszłych działań. Do połowy tego stulecia nie powinniśmy dopuścić do podniesienia się średniej temperatury o więcej niż 2°C w stosunku do czasu przedindustrialnego (to oznacza, że w ciągu najbliższych 40 lat zostało nam „rezerwy” 1,2°C). Tymczasem będących już w stanie wojny klimatycznej (na progu zalania) 80 Krajów Sojuszu Małych Państw Wyspiarskich apeluje o ograniczenie poziomu globalnego ocieplania do 1,5°C. Z nadzieją, choć niezbyt wielką, że może bogaci zrozumieją i poprą ich racje.

Ten dwustopniowo-celsjuszowy kompromis najprawdopodobniej oznacza zniknięcie w tych krajach wielu wysp, stopienie się letniego lodu na Arktyce oraz zniknięcie wielu unikalnych ekosystemów i gatunków (w tym niedźwiedzia polarnego) jeszcze za naszego życia. Ale ograniczenie wzrostu ocieplenia do 2°C pozwoli (z dużym prawdopodobieństwem!) uniknąć najgorszych skutków zmian klimatu. To jest granica, taka jak granica prędkości w ruchu pojazdów na śliskiej jezdni. Jej przekroczenie wywoła zagrożenia, którym nie będziemy w stanie sprostać.
Ich lista, przytaczana nie przez katastrofistów (tj. ekologów, co to podobno nic nie robią, tylko wiszą na drzewach i wieszczą), a przez profesorów z międzynarodowego IPCC, zawiera m.in. całkowitą zagładę raf koralowych, większe susze w regionie śródziemnomorskim, częstsze i silniejsze cyklony, przekształcenie się żyznych gleb w południowo-zachodnich stanach USA w półpustynie i graniczące z pewnością podniesienie się o wiele metrów poziomu oceanów i mórz. Czy już widać, że jest to prawdziwa wojna o przetrwanie?

Co powinna zrobić ludzkość, aby się bronić? Musi nastąpić, przede wszystkim, zgoda państw co do wspólnej rzetelnej walki na rzecz zmiany gospodarek, energetyki i technologii, niosącej radykalne ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Pewne jest, że liczą się skumulowane emisje. Czyli jeszcze nie wiedzieliśmy, że to wojna, a wróg już zbierał się w atmosferze. Kilka ekip naukowych wyliczyło, że aby utrzymać ocieplenie w ryzach 2°C, ludzie do 2050 r. mogą jeszcze tylko trochę, nie za dużo, wyemitować dwutlenku węgla. Ale zdecydowanie ważniejsze od tego, ile jeszcze możemy „bezpiecznie” wypuścić CO2, jest skala jego koniecznej redukcji. Przy założeniu równej emisji przypadającej na każdego Ziemianina w 2050 r. (jest to jeden z prostszych sposobów rozłożenia ciężarów redukcji emisji) konieczne działania muszą być naprawdę radykalne. Stany Zjednoczone winny zredukować emisję o 90%, UE o 87%, kraje OECD o 86%, a te spoza OECD – o 26%. Dzięki temu cały postprzemysłowy świat zmniejszy emisję – w połowie wieku – o 55%.

A to z kolei stwarza szansę na wygranie wojny o klimat z prawdopodobieństwem 75%. Dlaczego przy tak wielkich celach i nakładach – może ktoś spytać – tak słaba jest szansa wygranej? Bo (pozostając przy wojskowej frazeologii) to bardzo trudna wojna. Mimo gigantycznie rosnącej wiedzy na ten temat nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich uderzeń wroga. Nie wszystko też wiemy o wzajemnych i skomplikowanych zależnościach pomiędzy uczestnikami „batalii o klimat”. Naukowcy mówią: „czeka nas wiele nieprzewidzianych zdarzeń”.

Wnioski nasuwają się same. Czas na odważne decyzje. Czas na prawdziwych mężów stanu. Takich, jakich pamiętamy z historii np. drugiej wojny światowej. Czy po Szczycie w Kopenhadze mamy czekać na kolejne katastrofy, aby politycy zyskali więcej odwagi?
A przecież wiemy, że można. Mamy pozytywne przykłady międzynarodowej współpracy. Protokół Montrealski – o ochronie warstwy ozonowej – wdrożony konsekwentnie przez kraje świata doprowadził do zastopowania produkcji substancji niszczących ozon w stratosferze (stanowiący tarczę chroniącą życie na Ziemi przed zabójczym promieniowaniem z kosmosu). Skutecznie oddaliło to zagrożenie dla całej Ziemi wywołane działalnością człowieka. Politycy! Odwagi i mobilizacji!

Radosław Gawlik, Zieloni 2004, Stowarzyszenie Ekologiczne Eko-Unia

UDOSTĘPNIJ

Czytaj więcej

Skomentuj