W biegu do ekologicznej mety coraz więcej sektorów gospodarki zostaje w tyle, nie nadążając z wdrażaniem ambitnych celów Europejskiego Zielonego Ładu. Mimo to Bruksela nie chce zrezygnować z dalszego dokręcania śruby wymagań. Czy taka polityka w końcu zapewni długo wyczekiwany „zielony wzrost”? Czy może raczej wykolei rozpędzony pociąg transformacji, nad którym coraz trudniej zapanować? 

przyspieszać z recyklingiem, zerwać ze składowaniem odpadów i jak najszybciej wdrożyć gospodarkę obiegu zamkniętego – to zawołanie bojowe unijnych decydentów, któremu jeszcze kilka lat temu większość branży odpadowej głośno przyklaskiwała. Gdy przedstawiano koncepcje GOZ-u i kierunki planowanych zmian, wielu odczytywało to jako zapowiedź nieuchronnego ucywilizowania rynku i nowe inwestycyjne rozdanie, które pozwoli zniwelować technologiczną przepaść między Polską a krajami „starej” UE. Trudno byłoby wówczas znaleźć kogoś, kto nie podpisałby się pod potrzebą gruntownej reformy systemu, w którym miliony ton odpadów, zamiast w zakładach recyklingu, lądują na składowiskach. 

Dziś, gdy opadł już kurz po pierwszych, umiarkowanie udanych próbach poprawy selektywnej zbiórki odpadów, a kluczowe reformy (np. ROP) są opracowywane w ślimaczym tempie, krajobraz po bitwie wygląda zgoła inaczej. Wola walki branży, samorządów i samych mieszkańców jest dużo mniejsza. Rośnie za to grupa sceptyków, którzy zaczynają nieśmiało zgłaszać wątpliwości, czy unijne cele są w ogóle możliwe do spełnienia, a narzędzia do ich realizacji – adekwatne. Jest ona tym większa, im mocniej UE dokręca śrubę w związku z przeciwdziałaniem zmianom klimatu, czego symbolem...