Miasta są obecnie projektowane pod dyktat samochodów. Auto to w Polsce złoty cielec, bożek. Dlatego niektórzy architekci rozpoczęli wędrówkę na dach w celach tworzenia enklaw wypoczynku biernego, rekreacji czy kreacji przestrzeni pod animację kultury.

Miałem kiedyś przyjemność uczestniczyć w wykładach architektów Marka Budzyńskiego i Bolesława Stelmacha i dokonać analizy ich spojrzenia na przestrzenie zielonych dachów. Poznałem ich zamysł przy tworzeniu Biblioteki UW czy Centrum Spotkania Kultur i Tarasów Zamkowych (Vivo) w Lublinie, co wpłynęło na moje postrzeganie zielonych dachów.

Człowiek wchodził na dachy i użytkował je już od bardzo dawna. Ponoć pierwsza neolityczna „metropolia” nie miała ulic, bo i po co? Ludzie przemieszczali się po dachach i tam głównie przebywali. Potem było inaczej, ale minęło kilka stuleci i dachy na nowo stały się miejscem, którym zaczęto się interesować. Le Corbusier powiedział o dachu – piąta elewacja, którą należy wykorzystać. Do czego? Do oddania jej naturze, zazielenienia. Zabraliśmy to, co pod budynkiem stałoby się potencjalnie miejscem wzrostu roślin, dlatego naszym obowiązkiem jest oddanie tej powierzchni na dachu. W dobie dostosowywania się do zmian klimatu to jeszcze bardziej oczywiste, ale czy na pewno dobrze przez nas rozumiane?

Człowiekiem, który również miał na mnie wpływ, był Hundertwasser – twórca bardzo charakterystycznej stylistyki budowli, w której drzewa i inna roślinność wyrastają z elewacji budynków i porastają dachy. Są równoprawnymi użytkownikami obiektów. Hunderwasser mówił, że...