Termin ogrodnictwo partyzanckie, będący tłumaczeniem angielskiego zwrotu guerilla gardening, nie szokuje już tak jak kilka lat temu. Nie pada już w kontekście obywatelskich zrywów sadowniczych to (prawie) dowcipne pytanie o cele i odznaczenia – wsadzać czy nagradzać? Nie słychać też, by współcześni nam ogrodniczy partyzanci musieli pod osłoną nocy ukrywać przed opinią publiczną swoją społeczną aktywność. Jednak wokół historii obywatelskich nasadzeń wciąż jest sporo niejasności. Spróbujmy rzucić na nie nieco światła.    

Pierwszy partyzancki zryw miał miejsce na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkley wiosną 1969 r., a było to tak… Administracja uczelni coś tam niby próbowała ulepszyć, a jednak jej nie wychodziło. Plac, na którym w latach 50. zrealizowano rozbiórkę starych budynków, nie doczekał się realizacji nowych naniesień. Planistyczne niejasności i finansowe niedociągnięcia generowały napięcia między władzami uczelni a studentami. Ponad hektar błota, gruzu i wraków porzuconych samochodów stał się polem bitwy o lepszą przestrzeń. Po artykule w lokalnej, kontrkulturowej gazecie na miejsce stawiła się setka studentów i innych ogrodniczych partyzantów. Merytorycznego wsparcia udzielał Jon Read, lokalny architekt krajobrazu. Sadzonki drzew, krzewów i bylin dostarczyli lokalni producenci. Z czasem do sadzących dołączały kolejne osoby, dzięki czemu przez miejsce zakładania People’s Park (Parku Ludowego) w sumie przewinęło się 1000 osób. Jednak uczelniana administracja nie zaakceptowała takiej woli ludu – nasadzenia zostały zniszczone. Co się działo potem, nie przypominało niczego,...