Polityka transportowa prowadzona w Polsce w latach 1998-2003 była dla kolei bardzo niekorzystna. Wtedy to uwierzono, że kolej jest przeżytkiem i nie warto w nią inwestować, bo przyszłość zapewnią nam samochody i budowa autostrad.

Nastąpiło pogłębienie nierównych warunków konkurencji pomiędzy różnymi rodzajami transportu i spadek roli transportu zbiorowego, szczególnie kolei. Tonaż ładunków przewożonych koleją zmniejszył się o 55% i podobnie zmalała liczba pasażerów. Masowy wzrost zakupów samochodów stymulowany kampaniami reklamowymi pozbawił kolej pasażerów. Liczba pasażerów publicznej komunikacji miejskiej spadła z ok. 9 mld w 1985 roku do 5,5 mld w 2000 roku na skutek gwałtownego wzrostu motoryzacji i niekorzystnych relacji cen (ceny biletów wzrosły 3-krotnie, a ceny paliw spadły 2,5-krotnie w stosunku do dochodów). Nastąpił wzrost energochłonności transportu (w latach 1970-1997 zużycie benzyn wzrosło o 40%, a oleju napędowego o 28%), co musiało spowodować proporcjonalny wzrost emisji gazów cieplarnianych. Tymczasem klasyczna kolej w przeliczeniu na pasażerokilometr jest co najmniej dwukrotnie mniej energochłonna niż samochód małolitrażowy. Postępowała marginalizacja kolei, powodowana coraz większym ograniczaniem usług. Długość eksploatowanych linii kolejowych zmniejszyła się w latach 1980-1999 o 4294 km. Wygaszano popyt na podróże, zamykając kolejne linie kolejowe, co powodowało wykluczenie komunikacyjne tych, którzy nie kupili bądź nie mogli kupić samochodu. Z drugiej strony zły stan...