Nie od dziś wiadomo, że niejednokrotnie sukces przyjęcia danej koncepcji zagospodarowania terenu publicznego w dużej mierze zależy od tego, jak zostanie ona nazwana i opisana. Często jednak użyte hasła nie do końca są spójne z tym, co dany projekt tak naprawdę w sobie zawiera.

Doskonałym przykładem jest słowo „rewitalizacja” (łac. re- + vita – dosłownie: „przywrócenie do życia, ożywienie”). Każdy z nas chyba pamięta, jak w mediach społecznościowych zdemaskowano, co dla włodarzy poszczególnych miast oznaczał ten termin. Mówimy tu o słynnym ewenemencie zmian polskich rynków miejskich, kiedy to procesem „rewitalizacji” nazwano wycięcie starych drzew, kompletną likwidację zieleni i doszczętne zabetonowanie powierzchni oraz postawienie symbolicznej fontanny na środku. I tak oto zamierzone w nazwie „przywrócenie życia” danemu miejscu w rzeczywistości doprowadziło do powstania wyjałowionej, antyklimatycznej przestrzeni, w której mieszkańcy nie chcą przebywać, ponieważ w letnim słońcu mogą się tam dosłownie „usmażyć”. Na szczęście, gdy seria takich antyprzykładów obiegła media społecznościowe i mocno wzburzyła opinię publiczną, niektórzy włodarze zareagowali i zmienili niezrealizowane jeszcze koncepcje rewitalizacji przestrzeni miejskiej na takie, które faktycznie wprowadzą do niej więcej życia (np. Plac Wolności w Łodzi). Inni zaś zdecydowali o przebudowie opacznie „zrewitalizowanego” wcześniej, zabetonowanego rynku i wprowadzili więcej zieleni i drzew (np. Rynek w Skierniewicach).

Aspekt językowo-znaczeniowy słów

Wiadomo jednak, że nic nie dzieje się bez przyczyny i zjawiska te wynikają z konkretnych sytuacji, tendencji i uwarunkowań społecznych czy finansowych. Jednak geneza...