W ostatnich latach narasta, zwłaszcza w przestrzeni miejskiej, problem związany z usuwaniem drzew z polskich miast. Dojrzałe i duże okazy znikają z różnych powodów – w trakcie samorządowych inwestycji, działań komercyjnych i deweloperskich oraz wskutek działań na prywatnych posesjach. W wielu przypadkach takie sytuacje budzą mnóstwo kontrowersji oraz prowokują społeczną i medialną dyskusję.

Społecznicy, sygnaliści czy zwykli mieszkańcy podejmują (często nierówną) walkę o zachowanie drzewostanu. Z kolei samorządy znajdują szereg usprawiedliwień oraz powodów, aby utrzymać obecny status qvo. Tymczasem betonoza wdziera się do miast i na przedmieścia ogromną falą, która zwraca uwagę swoją bezczelnością. Winnych najczęściej szuka się w momencie, kiedy na placu budowy stoją już ogrodzenia tymczasowe, a za nimi rozlega się warkot pił spalinowych.

Złe urodzenie?

W rozmowie Filipa Springera z Janem Mencwelem z ruchu „Miasto Jest Nasze” zwróciło moją uwagę stwierdzenie autora, że jednym z powodów usuwania drzew jest ich „złe urodzenie” – fakt, że były sadzone w okresie PRL i teoretycznie nie przedstawiają dla nas wartości. Trudno się z tym nie zgodzić. Brałem udział w wielu spotkaniach partycypacyjnych, których celem było nadanie nowego życia rynkom i skwerom. Bardzo często słyszałem wśród uczestników „Chcemy, aby tam było jak kiedyś, przed wojną!”.

To „kiedyś” jest abstrakcyjną kategorią: przestrzennie i wizualnie nieokreśloną. Ale to (niestety!) nie ma znaczenia – drzewa mają iść pod topór. Wydaje mi się, że...