Mogłoby się wydawać, że w dawnych czasach, gdy o motoryzacji nikt nawet jeszcze nie marzył, a miasta miały mniej mieszkańców, na ulicach panował błogi spokój. Tak zapewne było w małych miasteczkach, ale nie można było jednak tego powiedzieć np. o Warszawie.

Zwiększający się systematycznie ruch uliczny w miastach spowodował konieczność zapewnienia bezpieczeństwa zmotoryzowanym i pieszym użytkownikom ulic. A Kodeks drogowy, obowiązkowe prawo jazdy, uliczna sygnalizacja świetlna, znaki drogowe, pasy na przejściach, progi zwalniające, fotoradary i kamery, patrole drogówki, a na koniec mandaty to tylko niektóre z ważniejszych elementów tego systemu. I spełnia on swoją funkcję, chociaż wciąż zdarzają się wypadki powodowane przez obie strony. Przyczyny tego są prozaiczne: nieprzestrzeganie przepisów ruchu drogowego, nieuwaga, nadmierna prędkość czy prowadzenie pojazdów po spożyciu różnego rodzaju używek. W ostatnim czasie doszła jeszcze jedna – korzystanie z telefonu przez kierowców w czasie jazdy oraz nieuwaga pieszych zapatrzonych w ekrany smartfonów.

Ruch uliczny w Warszawie

Warszawa w latach 80. XVIII w. miała już 89 tys. mieszkańców skupionych na 197 ulicach. Fryderyk Schultz, Inflantczyk, zwiedzający wtedy miasto, ich stan opisał tak: „(…) ledwo dziesięć porządnych, pięćdziesiąt znośnych, a reszta wcale złych. Większa część tych ulic, jeżeli nie całkiem, to chociaż środkiem są brukowane, ale bruk najgorzej utrzymywany, a porządek koło...