Jeśli rozrzucimy poszczególne elementy mozaiki, powstanie chaos. Dopiero złożenie tej rozsypanki, nadające jej fragmentom sensu, objawi nam właściwy obraz. Tak samo jest z systemem prawa europejskiego, którego recepcja w młodej „Eurorzeczpospolitej” bywa, niestety, pasywna, reifikująca nie tylko poszczególne zdarzenia prawne, np. wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), ale również wypowiedzi poszczególnych ministrów, zwanych komisarzami.

Ostatnio przez polskie samorządy przetacza się „głupawka” z tzw. doktryną „in house”, rozumianą jako przepis na to, by przegonić „prywaciarzy” z gminnego „podwórka”. Rozzuchwaleni faktyczną bezkarnością włodarze gmin próbują zlecać własnym spółkom zadania nawet bez uchwał rad gminnych. Warto zatem podjąć wysiłek odtworzenia, czym w istocie jest doktryna „in house” w systemie prawa europejskiego.

Nie jesteśmy troglodytami

Po pierwsze – aksjologia. System prawny nie istnieje bez wcześniejszej autoanalizy w zakresie priorytetów i hierarchii celów. Jeśli więc nie spojrzymy na „wypowiedzi” prawne z tej perspektywy, to spłaszczymy „wielowymiarowość” tego systemu. Gdyby troglodyta czytał Kodeks karny, mógłby np. wyciągnąć wniosek, że jego istotą jest gnębić ludzi (wystarczy, że będzie czytał tylko o tym, jakiej podlega karze). A zatem „in house” – w kontekście aksjologicznym – nie jest instytucją rekomendowaną. Odwrotnie! Jest ostatecznością, z którą należy się godzić, tak jak trzeba się godzić chociażby z czasowym zawieszeniem praw demokratycznego państwa w stanie...