Często argumenty zwolenników tzw. władztwa odpadowego budzą wręcz zażenowanie i obrażają inteligencję adresatów. Przyjrzyjmy się niektórym z nich: „że interesy przedsiębiorców nie doznają uszczerbku, gdyż gminy będą organizowały przetargi”. Będą albo nie będą. Nie po to minister Bieńkowska przysposobiła niektóre wyroki ETS, dając wytyczne, by czuć się zwolnionym z reżimu P.z.p., nie po to lobby etatystyczne pracuje od lat nad hybrydą spółki użyteczności publicznej (której można by zlecać bez przetargów, a więc byłaby pod kloszem monopolu, nie miałaby zaś wad zakładu budżetowego, transparentnych finansów i „kominówek”). Nie przypadkiem też rozluźnia się więzadła P.z.p., a wreszcie tworzy skandalizującą ustawę o koncesji na… usługi, w której żadne reguły wyboru lepszego biorcy koncesji nie obciążają, a partner może „wnieść” know-how, czyli coś koło zera absolutnego, by po tym wszystkim gmina – wziąwszy monopol – chciała go trwonić na „obcych”, w przetargach. Monopol gminny prócz korupcji spożywającej z „wolnej ręki” będzie obfitował w autokorupcję, tj. uzyskiwanie „sprywatyzowanej” renty monopolistycznej w postaci znacznie zwiększonych kosztów pracy, dodatków funkcyjnych, szkoleń, delegacji itp., a także zredukowanego do minimum stresu i naddatkowego bezpieczeństwa socjalnego. Bezprzetargowe przydzielanie zleceń łączy się z rozdawnictwem etatów, te zaś cementują strukturę władczą, bo raz przyznana nominacja może być cofnięta i...