Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie 2 października br. uchylił wyrok odnośnie decyzji środowiskowej dotyczącej budowy bloków energetycznych w Elektrowni Opole.
Kontrakt, na który z utęsknieniem czekają firmy energetyczne, PGE oraz Operator Systemu Przesyłowego, przewidujący w perspektywie kilku lat braki w pokryciu zapotrzebowania na energię, zależy od decyzji sędziów, odwołań i
apelacji kancelarii prawnych, a także ekspertyz w żaden sposób niezwiązanych z inżynierią i techniką.
Trudno mówić też o decydującym rozstrzygnięciu – NSA po prostu odrzucił wcześniejsze decyzje sądów niższej instancji (które unieważniły decyzję środowiskową dla pozwolenia na budowę) i… przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia w pierwszej instancji. Zaiste jest to rozwiązanie salomonowo-prawnicze – inżynierowie wczytują się w pierwsze komunikaty i niczego do końca nie rozumieją, a inwestor wstrzymuje się z komentarzami do otrzymania pisemnego uzasadnienia wyroku. Spór między ekologicznymi profesjonalistami z firmy ClientEarth (to ona zaskarżyła dokumenty analizy środowiskowej) z inwestorem PGE jest chyba daleki od rozwiązania. Z jednej strony ostatnie decyzje sądu można traktować jako pozwolenie na rozpoczęcie robót (zażalenie odwołane), ale z drugiej powrót sprawy do pierwszej instancji brzmi jeszcze groźniej – na razie inwestycja była wstrzymana po podpisaniu papierowego kontraktu, a istnieje niebezpieczeństwo, że kiedy tysiąc ludzi i ciężki sprzęt będą oczekiwać na placu budowy na rozpoczęcie prac, ono ponownie nie nastąpi w zakładanym terminie.
 
CCS do kosza?
Nie można, niestety, pozbyć się smutnego odczucia, że technika i zdrowy rozsądek schodzą na drugi plan. Głównym powodem zaskarżenia decyzji środowiskowej jest kwestia zgodności z unijnym rozporządzeniem CCS, co formalnie uderza w polski rząd, który na czas nie włączył tej unijnej ustawy do krajowych regulacji. Z drugiej strony trudno się temu dziwić, jeśli całe rozporządzenie jest właściwie pozbawione sensu w sytuacji absolutnej porażki technicznej samych instalacji CCS. Dyrektywa zobowiązująca nowe bloki węglowe do znacznego obniżenia emisji CO2 i pokazująca im drogę w postaci inwestycji w systemy CCS jest atrakcyjna w materiałach prawniczych i folderach reklamowych, natomiast dla inżynierów jawi się jako koszmar termodynamiczny i techniczny, bo jakichkolwiek inżynierskich sztuczek by nie próbować, to wyłapanie kilkunastu procent CO2 ze spalin i ich zatłoczenie (nie wiadomo nawet, gdzie) musi kosztować sporo energii i sprawność bloku spadnie do nieakceptowanego poziomu. Mówi się oficjalnie o nowych inwestycjach „CCS-ready”, ale jednocześnie wiemy, że one „CCS-ready” nie są i prawdopodobnie nigdy nie będą.
 
W oczekiwaniu na przełom
To tylko wierzchołek góry lodowej problemów związanych z inwestycją w Opolu, bo marna jest kondycja polskich firm, dotkniętych chorobą „inwestycji autostradowych”. Okazuje się, że 2012 r., który miał być przełomowy dla inwestorów, wcale taki nie jest. Znowu pod względami prawnymi, kontraktowymi i finansowymi można pochwalić się dobrze wykonaną pracą, gdyż przetargi ogłoszono i rozstrzygnięto, odwołania odrzucono, a kontrakty podpisano… Tylko inżynierowie czekają w swoich maszynach oraz przy komputerach i zastanawiają się, kiedy właściwie będą mogli zacząć pracować. Na razie rozstrzygnięcie NSA dla polskiego programu inwestycyjnego jest lepsze niż… brak rozstrzygnięcia lub formalne zablokowanie budowy. Jednak do pierwszego prądu z Opola... jeszcze daleka droga.
 
prof. dr hab. inż. Konrad Świrski
 
Autor od wielu lat jest związany z energetyką, zajmuje się modernizacją i zmianami w tym sektorze, optymalizacją produkcji, a także technologiami informatycznymi dla energetyki, gazownictwa i przemysłu. Jest pracownikiem naukowym Politechniki Warszawskiej, kierownikiem Zakładu Maszyn i Urządzeń Energetycznych w Instytucie Techniki Cieplnej, a także prezesem firmy Transition Technologies.