Dziś nad Europą wisi widmo pogłębienia się kryzysu i chwiejących się systemów bankowych. To sprawia, że znowu najważniejsza jest ekonomia, a kosztowna przebudowa energetyki schodzi na dalszy plan.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że polskie wetowanie ambitniejszych celów redukcji CO2 zostanie szybko zakończone przez jednolity front europejskich państw, które
w czasie duńskiej prezydencji znajdą sposób na nową „mapę drogową” dla ekologicznej energetyki. Nie udało się jednoznacznie ustalić nowych celów redukcyjnych CO2 na lata po 2020 r. Pomimo wysiłków Danii i wydawałoby się jednolitego stanowiska większości krajów (pierwszym propozycjom sprzeciwiała się przecież wyłącznie Polska), okazuje się, że tak naprawdę nikt obecnie nie chce podejmować kolejnych, kosztownych zobowiązań.
 
Spotkanie „ostatniej szansy” ministrów ds. energii, które odbyło się w połowie czerwca br., ponownie nie przyniosło rezultatów. Osamotniona Polska po raz kolejny nie zaakceptowała następnej wersji (bardziej ogólnej, ale wciąż dekarbonizacyjnej) mapy drogowej – ERM2050. Tym razem chyba jednak zostało to przyjęte z mniejszym oporem i zdziwieniem przez wszystkie państwa, gdyż tak naprawdę w czasach kryzysu nowe zobowiązania nie mieszczą się już w napiętych budżetach.
Oczywiście w deklaracjach i programach politycznych ekologię i energetykę stawia się bardzo wysoko (rola zielonych partii jest wciąż kluczowa, czego przykładem są ostatnie wybory parlamentarne we Francji), ale samo wydawanie pieniędzy jest pod ścisłą kontrolą i należy raczej liczyć się ze zmniejszeniem dotacji oraz łagodzeniem zobowiązań.
 
Ekonomia czy ekologia?
Dla Europy po fali gwałtownej, „zielonej” energetycznej rewolucji nadchodzą trudne czasy rozwiązywania systemowych problemów technicznych (wciąż mamy do czynienia z trudnościami bilansowania systemów, szczególnie przy dużym udziale nieprzewidywalnej energii wiatrowej i słonecznej) i postępującej (też trudnej) integracji paneuropejskich rynków handlu energią. Nieplanowane przepływy transgraniczne, wybór centralnych giełd handlowych, sprzeczne interesy operatorów systemów w różnych krajach i przede wszystkim ciągła konieczność wielkich inwestycji (siec przesyłowa, nowe, ekologiczne źródła oraz moc rezerwowa) powodują, że wizja „nowej energetyki”, która w marketingowych prezentacjach jest imponująca, musi sprostać technicznej rzeczywistości. Na urzeczywistnienie śmiałych planów też potrzeba trochę czasu – pewnie dekady.
 
Na dodatek ekonomia jest nieubłagana i w efekcie słabych wyników finansowych europejskich państw zaczyna się wspominać o konieczności ograniczenia dotacji. Przebudowa energetyki musi się jednak wiązać ze wsparciem finansowym (co jest zupełnie naturalne, bo stare metody wytwarzania energii, oparte na paliwach kopalnych i atomie, wciąż są znacznie tańsze, nawet jeśli uwzględni się opłaty za emisję CO2,które zresztą zmniejszają się). Dotacje ukryte w „kolorowych” certyfikatach czy też w mechanizmie feed-in-tarriff nie są małe i w czasie radykalnych cięć budżetowych mogą zostać ograniczone. Dyskusja nad nowym prawem dotyczącym OZE w Polsce, to nic innego jak ograniczenie dopłat z budżetu poprzez wprowadzenie kilku współczynników (nie dziwi zatem gwałtowna reakcja inwestorów i właścicieli farm wiatrowych). Przykłady Hiszpanii i Czech obrazują znaczne ograniczenie dopłat do energetyki słonecznej i praktycznie załamanie rynku nowych inwestycji w tych krajach. O konieczności zmniejszenia subsydiowania zaczynają też nieśmiało wspominać Niemcy, co kiedyś było nie do pomyślenia.
 
Pragmatyzm, a nie idealizm

Czy mamy do czynienia z początkiem odwrotu od ograniczania emisji CO2 w Europie i zatrzymaniem „zielonej” energetyki? Na pewno nie – raczej z urealnieniem celów i terminów ich osiągnięcia. W związku z kryzysem i konkurencją z państwami azjatyckimi, które absolutnie nie przejmują się globalną ekologią i skwapliwie wykorzystują europejskie regulacje do przyciągnięcia przemysłu do swoich krajów oraz agresywnie podbijają nowo powstałe rynki (np. produkcji paneli fotowoltaicznych), Europa musi patrzeć na energetykę bardziej pragmatycznie, a mniej idealistycznie. Opracowanie kompleksowych rozwiązań technicznych musi potrwać, a skala dotacji lub obciążeń budżetowych poszczególnych krajów powinna być realistyczna by nie ograniczyć konkurencyjności. Tym bardziej że osiągnięcie światowych porozumień w zakresie ograniczeń emisji wciąż się oddala i raczej wszyscy są pesymistami co do wyników kolejnych szczytów klimatycznych. Dopóki kryzys jest zagrożeniem, każdy będzie przede wszystkim pilnował swojego portfela. Musimy zatem jeszcze poczekać, być bardziej wytrwali, ale i… ekonomiczni.

 

prof. dr hab. inż. Konrad Świrski

 

Autor od wielu lat jest związany z energetyką, zajmuje się modernizacją i zmianami w tym sektorze, optymalizacją produkcji, a także technologiami informatycznymi dla energetyki, gazownictwa i przemysłu. Jest pracownikiem naukowym Politechniki Warszawskiej, kierownikiem Zakładu Maszyn i Urządzeń Energetycznych w Instytucie Techniki Cieplnej, a także prezesem firmy Transition Technologies.