Większość dotychczasowych dyskusji w sprawie właściwego zorganizowania gospodarki odpadami komunalnymi nosi przeklęte piętno nieuświadomionego przeświadczenia, że jest to strefa gry o sumie co najwyżej zerowej. Teoria gier powstała z chwilą przezwyciężenia natrętnie zdroworozsądkowego poglądu, że jeśli zyskuje ktoś, to kosztem straty kogoś innego (jeśli Sparta się śmieje, to Messyna płacze). To zresztą piętno dzielone z natręctwami co najmniej dwóch poprzednich wieków, kiedy walki klas, narodów czy ras toczyły się m.in. z powodu „nieodkrycia”, że przy właściwym skojarzeniu interesów gry rywalizacja może mieć charakter dodatni, a nie zerowy czy ujemny. Ideologie – w tym najbardziej zbrodnicze – opierały swoje myślenie o wiarę w to, iż będzie dobrze, jeśli zabierzemy bogatym (majątek, przestrzeń życiową itp.) i rozdamy biednym. Ale szybko okazywało się, że zasoby są za małe, by ich rozdawnictwo à la Janosik miało jakąś wartość dla obdarowywanych (samo rozdawnictwo też nie jest neutralne, gdyż rodzi nadużycia). Po II wojnie światowej odsłonięto na „dużym ekranie” społeczeństw zachodnich zjawisko polegające na tym, że bardzo nierównomiernie, ale satysfakcjonująco bogacą się całe narody (i jest to ważniejsze niż owa nierównomierność). Powstało kluczowe pojęcie nowej klasy średniej, nowa nomenklatura stratyfikacji społecznej, gdzie nie istnieją klasy niższe w tradycyjnym sensie – czyli biedota. Opinia publiczna przekonała się, że...