Pieniądze, pieniądze, pieniądze… Można odnieść wrażenie, iż pod ich znakiem upływają pierwsze tygodnie nowego roku, a to jeszcze nie koniec dyskusji o nich, choć może trafniejsze byłoby stwierdzenie: o ich braku. O pieniądzach, i to o wielkich pieniądzach, dyskutowano w Brukseli, gdzie w końcu udało się znaleźć kompromis i uzgodnić

budżet Wspólnoty na lata 2014-2020. Polsce z tego unijnego tortu przypadnie w udziale niemal 106 mld euro. Dla jednych to wymierny sukces, inni z kolei ganią premiera i negocjatorów za brak twardej postawy i ustępstwa. Ale to już kwestie polityki na jej najwyższych – krajowych szczeblach.

Niestety, podobne dyskusje, niekoniecznie na merytoryczne argumenty, toczą się na niższych szczeblach – na poziomie polityki lokalnej. Powodów znajdzie się wiele. Obecnie najważniejszym są wspomniane już pieniądze. I choć ich kwoty są zdecydowanie niższe od wynegocjowanego wsparcia, to mają one swoją wagę zarówno dla budżetów gminnych, jak i dla zwykłych obywateli.
O jakich pieniądzach mowa? Oczywiście, o opłatach za odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych. Coraz więcej gmin i ich związków uchwala stawki opłaty „śmieciowej”, ale też bardzo często słychać o inicjatywach radnych (lub wójtów, burmistrzów, prezydentów miast należących do związków gmin), którzy nie godzą się na przyjęcie propozycji opartych na analizach kosztów funkcjonowania systemu i – zaklinając rzeczywistość – wymuszają ich obniżki. Z punktu widzenia mieszkańców (a zatem wyborców) to na pewno szczytne działania. Rodzi się jednak pytanie, skąd będą pochodziły pieniądze na pokrycie różnicy pomiędzy zebranymi środkami a należnościami, które gminy będą musiały zapłacić odbierającym odpady i regionalnym instalacjom ich przetwarzania. Być może zostaną one wyasygnowane z samorządowych budżetów… Tylko czy te są w stanie udźwignąć kolejne obciążenia? Przy braku jednoznacznych danych o ilości wytwarzanych odpadów można wszakże żyć nadzieją, że dokonane analizy okażą się błędne i koszty systemu nie będą tak wysokie. Wszystko będzie jasne po przetargach.
Dla budżetów gminnych i dla ochrony budżetu państwa przed unijnymi sankcjami ważne będzie uporanie się z wymaganą przez Unię podwyższoną redukcją biogenów na oczyszczalniach ścieków. To kolejny problem, który wiąże się z niemałymi pieniędzmi – środki niezbędne dla rozwiązania tego problemu szacuje się już na ok. 2 mld zł. A koszty koniecznych inwestycji na pewno znajdą odbicie na rachunkach wystawianych przez przedsiębiorstwa wodociągowo-kanalizacyjne.
Tymczasem ceny za dostawę wody i odbiór ścieków już teraz w niektórych gminach rosną i samorządy, które zdecydowały się pokryć część tych opłat (dając mieszkańcom trochę oddechu), muszą na ich uiszczenie rezerwować w swoich budżetach znaczące kwoty.
Wszystko to ostatecznie i tak uderza w kieszeń obywateli. Coraz częściej będzie chyba zatem słychać głosy pytające, po co nam ta ochrona środowiska, skoro tyle trzeba za nią płacić. Obyśmy potrafili nie tylko przekonać środowiskowych sceptyków, że warto inwestować w ochronę środowiska, ale także znaleźć środki na pokrycie wszystkich niezbędnych wydatków. W końcu dzięki tego typu inwestycjom powinno żyć się lepiej, zarówno przyszłym pokoleniom, jak i nam…
Piotr Strzyżyński
z-ca redaktor naczelnej