Paradoksem jest, że projekt ten przedstawiło ugrupowanie, które w szczególny sposób podnosi rangę głosu obywateli, promując gromko zasadę podejmowania kluczowych decyzji oraz rozstrzygania sporów w sferze publicznej w formule referendum. Pisze ono, że „Obywatele sami najlepiej wiedzą, co jest dla nich najlepsze i sami potrafią najlepiej załatwiać swoje sprawy. […] Obywatele będą mieli prawo zgodzić się na budowę domu na sąsiedniej działce (w imię dobrosąsiedzkich stosunków lub w zamian za materialną rekompensatę) albo nie wyrazić zgody. […] Państwo w tej sytuacji powinno odgrywać wyłącznie rolę pomocniczą, ingerując w relacje między Obywatelami wyłącznie wtedy, gdy Obywatelom nie uda się dojść do porozumienia”.

Naiwność niezgodna z prawami społecznymi

Inicjatywa ta być może jest wyrazem zniecierpliwienia wobec przedłużającej się debaty nad Kodeksem urbanistyczno-budowlanym, w której dyskutuje się również na temat swoistych ułatwień proceduralnych dla zabudowy jednorodzinnej. Jednak nagle pojawiający się projekt podsuwa rozwiązania anarchizujące, w których przestrzeń nie jest traktowana jako dobro wspólne. Nie ma więc też mowy o jej planowaniu – o zagospodarowaniu ma decydować układ siłmiędzy obywatelami. Jest to propozycja fragmentaryczna, szkodliwa, antydemokratyczna i antypaństwowa, cofająca nas w debacie o przestrzeni co najmniej o trzy dekady.

Od tego bowiem czasu nie umiemy w Polsce zaadaptować sfery planowania i ochrony dobra publicznego,jakim jest przestrzeń, do...