Miało być ekologicznie i ekonomicznie. Planowano, że odpady zielone i kuchenne resztki przetworzone na kompost zasilą pola i ogrody. Zyska środowisko, zyskają właściciele instalacji przetwarzających, zyskają samorządy. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej złożona, a z niejednego szczegółu wychynął diabeł.

Obowiązek segregacji odpadów wprowadzono w 2013 roku. Przepisy dokładnie nie określały, w jaki sposób należy ten obowiązek realizować, więc bywało, że rozwiązania w poszczególnych gminach różniły się znacznie.

Część gmin zdecydowała, że będzie dzielić odpady jedynie na frakcję suchą i mokrą, inne narzucały obowiązek segregowania trzech rodzajów odpadów (papier, tworzywa sztuczne, szkło), były takie, które ustawiały sześć pojemników, i takie, które pozostawiły mieszkańcom wybór, czy chcą segregować odpady, czy nie. W przypadku odmowy segregacji naliczały wyższe stawki za ich wywóz, choć różnice w cenie nie mogły raczej stanowić zachęty do oddzielania różnych frakcji odpadów. Dodatkowe zamieszanie wprowadzał brak jednolitych regulacji w zakresie kolorów pojemników.

Konieczność dostosowania przepisów krajowych do regulacji unijnych wymusiła wprowadzenie nowych przepisów. Rozporządzenie Ministra Środowiska z 29 grudnia 2016 r. w sprawie szczegółowego sposobu selektywnego zbierania wybranych frakcji odpadów zaczęło obowiązywać od 1 lipca ubiegłego roku. Doprecyzowało ono wymagania dotyczące zbiórki odpadów. Zgodnie z obowiązującym prawem, muszą być one segregowane na cztery frakcje: papier, szkło, metale i tworzywa sztuczne oraz odpady...