Krzysztof Lewnadowski Wielu z właścicieli nieruchomości przemysłowych prędzej lub później dowiaduje się, że siedzi na bombie. Niefrasobliwe praktyki z pozbywaniem się odpadów, przez wylewanie ich do ścieku lub bezpośrednio w ziemię, były przez lata zasadniczym sposobem likwidacji problemu trujących produktów ubocznych działalności fabryki. W wielu krajach takie działania są zabronione prawem. W Polsce elementem szczególnie delikatnym jest problem prawidłowego zagospodarowania odpadów, zwłaszcza tych nazywanych niebezpiecznymi. Krajowy system profesjonalnych zakładów neutralizacji odpadów niebezpiecznych jeszcze nie zaistniał. Wysoki koszt eksportu tych pozostałości do krajów posiadających niezbędne systemy neutralizacji, zmusza fabryki do korzystania z usług firm zajmujących się zakopywaniem wszystkiego na wysypiskach komunalnych. Wątpliwa skuteczność takiej neutralizacji trucizn i szereg problemów z logistyką całej operacji są przyczyną nasilania się zjawiska ryzykownych praktyk pozbywania się odpadów niebezpiecznych w granicach terenu fabryki. Niedostatek wiedzy wśród kadry inżynierskiej i pracowników administracji zajmujących się ekologią przyczynia się często do pomnożenia problemów zamiast ich likwidacji. Wynalazki energetyków, nie poparte konsultingiem doświadczonych profesjonalistów ani monitoringiem skażeń, powodują nierzadko powstawanie odpadów bardziej groźnych od tych spalanych. "Alternatywą" staje się zaniechanie pełnej charakterystyki wytwarzanych odpadów. Umożliwia to przypisanie im nazwy nieadekwatnej do właściwości i legalizację tradycyjnej metody ich likwidacji - spuszczania do kanalizacji przemysłowej. Trucizny przesiąkają przez nieszczelne rury i nawet nie docierają do oczyszczalni...