Owszem, w III RP znikały nawet całe branże (np. stoczniowa), ale działo się tak wskutek ich niedostosowania się do reguł rynku. Jednak w przypadku pomysłów, które odnajdujemy w założeniach do projektu noweli ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, mielibyśmy do czynienia z likwidacją rynku dobrze funkcjonującego i to
w imię mocno wątpliwych racji.
 
Zastanawia zatem, dlaczego temat wraca od 10 lat i „wszyscy” są przekonani, że „dobrze by było”, a w końcu się zacina… Minister Kraszewski znajduje poręczne wyjaśnienie: „Zmorą naszego systemu stanowienia prawa jest nielegalny lobbing i lobbyści. Skoro obroty przedsiębiorstw w branży idą w miliardy rocznie, to na jej usługi pracują najlepsze kancelarie prawnicze, a lobbyści znajdują skuteczne sposoby docierania do parlamentarzystów”1. Istotą tej wyprawy na przedsiębiorców jest pomieszanie kwestii lobbingu nielegalnego, który może się wiązać z przepływami finansowymi z przekazywaniem wiedzy eksperckiej w interesie ogólnym. A w „zamawianiu ekspertyz” i „docieraniu do parlamentarzystów” nie można dostrzec niczego nielegalnego.
 
Uszy przyjęły, mózg nie przyswoił
Skoro wszyscy są „za”, to dlaczego w praktyce jest zawsze „przeciw”? Uszy się osłuchały z „władztwem”, ale mózg nie przyswoił. „Osłuchać się z czymś” to nie znaczy zrozumieć. Wracamy zatem do instytucji odpowiedzialnych, które pochylają się nad projektem, mówią: „zaraz”, ale to byłby skandal w sercu Europy, niewyobrażalna w swej skali operacja wycięcia zdrowej tkanki (konkurencji) i implantowania etatyzmu. Świadomie i z premedytacją zadekretowana.
Często nasi adwersarze się zżymają, ale jest to projekt rewolucyjny i na pewno niemienszewicki. Byłby to bowiem pierwszy systemowy przykład likwidacji subsystemu rynkowego i zastąpienia go monopolem. Bez wyraźnej potrzeby. Zrealizowanie go, czego efektem byłaby gospodarka nakazowo-rozdzielcza, oznaczałoby unieważnienie z mocy prawa kilku milionów umów cywilnoprawnych, łączących właścicieli nieruchomości z wyspecjalizowanymi firmami. W mikroskali chodzi dokładnie o to samo, co niemal 100 lat temu, tj. o wyzucie przędsiębiorców z prawa do ich działalności (tamci rewolucjoniści zabierali narzędzia produkcji, tu jest gorzej, bo nasi chcą zabierać odbiorców usług!). Fakt, że w 25 krajach UE taki system funkcjonuje (choć jest dużo droższy i wcale nie będzie bardziej efektywny), nie może być tu argumentem. Tam był „od zawsze”, ponadto myśli się o prywatyzacji systemu (bo za drogi). U nas władza publiczna onegdaj „sprzedała” rynek lub został on „kupiony” przez przedsiębiorców inwestujących w spółki od podstaw. W tej rewolucji – jak w tamtej (sprzed prawie wieku) – kryje się też wielka wizja. W obu przypadkach zakłada się osiągnięcie punktu „0” i możliwość odwrócenia wszelkich zaszłości historycznych. Kontestacja zastanego stanu rzeczy oraz brak respektu przed zaszłościami – oto cechy wspólne wszelkich rewolucjonistów.
Zaglądamy np. do założeń noweli u.c.p. Jest tam kwestia, iż „wdrożenie projektowych zmian pozwoli zwolnić właścicieli nieruchomości z obowiązku podpisywania z uprawnionymi firmami umów na odbiór odpadów komunalnych”. W miejsce nieszczerych intencji wchodzi typowo rewolucyjna nowomowa, każdy bowiem wie, że swoboda zawierania umów to nie tyle obowiązek (choć w tej dziedzinie także), co prawo. A zatem odebranie uprawnienia to „zwolnienie z obowiązku”. Cudnie?
Nowomową jest także słowo-klucz w mantrze samorządowców, tj. władztwo gmin. To – po pierwsze – eufemizm, bo nie o władztwo chodzi, ale o monopol i „uprawianie” tej sfery gospodarczej, po wtóre zaś – gmina ma tyle władztwa, ile chce i przedsiębiorcy się temu nie sprzeciwiają. W tej sferze problemem nie jest brak instrumentów władczych, ale ich niewykorzystywanie. Kto zna już główne tezy raportu NIK (z kwietnia 2010 r.), ten zauważył, że realizacja zadań postawionych ustawowo przed gminą w tym obszarze jest „nieterminowa, nierzetelna, nieskuteczna”.
 
Coś tu nie gra
Przedsiębiorcy zachowują się różnie – są nieuczciwi i uczciwi – ale wszyscy zatańczą tak, jak im zagra władza publiczna, a grać im winna zgodnie z partyturą ustawową.
Natomiast wszędzie, gdzie dotykamy dysfunkcji systemu, zjawia się problem opieszałości władzy publicznej, a przedsiębiorcy tej władzy nie zastąpią. Nie można jednak wyciągać stąd wniosku, że przedsiębiorcy są zbędni, a władza zacznie uprawiać działalność gospodarczą i przestanie być opieszała. Minister narzeka, że przedsiębiorcy wożą śmieci na tańsze składowiska niż do drogich instalacji, więc pytamy, kto jest odpowiedzialny za utrzymanie „grajdołów” niespełniających norm ani UE, ani ogólnoludzkich? Gminy, które chcą zachować te „grajdoły” i urzędy, które nawet – o zgrozo – wydają tym pseudoinstalacjom… pozwolenia zintegrowane!
I za to wszystko mają być ukarani przedsiębiorcy i nagrodzona władza publiczna? Coś nie tak!
Czy warto walczyć o konkurencję w śmieciach? Tak, bo w istocie jest to walka o wektor, kształt i styl deklarowanej modernizacji. Gmina gospodarna to przecież nie gmina gospodarująca. Może zdarzy się, że pomysł wywłaszczenia przedsiębiorców z rynku i likwidacji rynku jako takiego przejdzie. Ale jeśli tak, to winno stać się to bezalternatywnie i bezterminowo. I druga kwestia: władza musi ten dylemat roztrzygnąć raz na zawsze i ogłosić co najmniej kilkuletnie moratorium na próby likwidacji rynku lub go po prostu zlikwidować. W tych bowiem warunkach nie można planować ani inwestować.
Dla kadr pierwszej połowy lat 90. XX w. było oczywiste, że własność prywatna musi być – co prawda – w ryzach prawa i regulacji władzy publicznej, ale że jest to jedyna właściwa retorta, w której uprawianie działań gospodarczych jest rekomendowane. Dziś – w kuluarach sejmowych i na forum debaty publicznej – w ogóle już nie stanowi to aksjomatu. Typy własności są równie dobre, nawet z lekką przewagą na rzecz publicznej. Dobrze, że władza wykonawcza sprawdza konsekwencje tak śmiałego wyzwolenia… od zasad.
 
Źródło
1. Nowoczesność puka do odpadów. „Przegląd” 18.04.2010.
 
Witold Zińczuk,
przewodniczący Rady Programowej ZPGO