Zaplanowany na grudzień ubiegłego roku transport odpadów niebezpiecznych z Salwadoru do spalarni w Dąbrowie Górniczej wywołał protesty miejscowej ludności. Był jednak zgodny z przepisami, posiadał wszystkie zgody wymagane prawem. Skąd zatem decyzja, by go wycofać?

Przede wszystkim trzeba podkreślić, że to nie Ministerstwo Środowiska podjęło taką decyzję. Zdecydowała o tym firma Sarp Industri (odpowiedzialna za transport – przyp. red.).

Ale po rozmowie z Panem.

Tak, ale to była jej decyzja. Sytuacja w Dąbrowie Górniczej i sposób jej rozwiązania były wynikiem zbiegu wielu okoliczności, począwszy od faktu, że mieliśmy do czynienia z okresem przedwyborczym, przez fakt nagłośnienia sprawy i totalnie przesadzonej reakcji dziennikarzy, po nadchodzące święta, na kiedy zaplanowano przypłynięcie statku do Polski. Dopiero na miejscu w Dąbrowie Górniczej zorientowałem się, jak wielowarstwowe podłoże ma ta historia. W tle usłyszałem nawet, że Strzemieszyce (dzielnica Dąbrowy Górniczej – przyp. red.) chcą się oddzielić od Dąbrowy Górniczej. Tak więc lokalne problemy, z jakimi borykają się mieszkańcy, w połączeniu z emocjami nakręconymi przez media spowodowały, że konieczna była poważna rozmowa z firmą. Uzmysłowiłem sobie, że z chwilą, kiedy ten statek dobije do portu – a miało to nastąpić w drugi dzień Bożego Narodzenia – przy pustce informacyjnej w mediach temat pięciu kontenerów odpadów stanie się najważniejszy w...