W poprzednim felietonie przedstawiłem zależność miejscowego „bilansu wodnego” od sposobu zagospodarowania powierzchni terenu w tym miejscu. Z rozważań wynikało jasno, że im szczelniej obłożymy powierzchnię terenu nieprzepuszczalnymi materiałami, tym większy będzie odpływ z tej powierzchni. Efektem takiego postępowania na większym obszarze będzie stagnacja wody w zagłębieniach terenu, podtopienia i niewydolność kanalizacji. Właśnie… kanalizacji – kilka słów wypada zatem poświęcić tej dobroczynnej sieci.

Sieć wszystko przyjmie? Nagminne utwardzanie powierzchni, bez jakiegokolwiek umiaru, ma swoje przyczyny, a jedną z najważniejszych jest przeświadczenie, że „jesteśmy skanalizowani” i sieć winna odebrać „każdą wodę”. No i oczywiście także ścieki. Tak rzeczywiście jest przez większą część roku, nawet przez wiele lat od momentu budowy – kanalizacja „odbiera” każdy deszcz i nie ma konfliktu ze ściekami, też są odbierane. Powstaje jednak pytanie, dlaczego w którymś momencie kanalizacja zawodzi? Nagle okazuje się, że tzw. guliki nie odbierają wody, winą obarcza się firmę eksploatującą sieć (że ich nie czyści), dostaje się także urzędnikom i czasami projektantom. Tymczasem sprawa jest dość prosta. Gdy w planach zagospodarowania przestrzennego decydujemy o przeznaczeniu jakiegoś terenu pod zabudowę mieszkalną lub przemysłową, niestety, zbyt mało czasu i miejsca poświęcamy meteorologii i hydrologii, a o sposobie zabudowy decyduje koszt przedsięwzięcia. Każde zabezpieczenie kosztuje określone pieniądze, a przecież gdzieś jest...