Z Dominikiem Bąkiem, zastępcą prezesa Zarządu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, o selektywnej zbiórce odpadów rozmawia Marta Siatka.

Czy zmiany związane ze standaryzacją selektywnej zbiórki odpadów po 1 lipca 2017 r. przyniosły zamierzony efekt? Jak ocenia Pan działanie tego systemu?

Za wcześnie jeszcze na pełne oceny. Nie mamy danych ani wiedzy o ustabilizowanych trendach. Standaryzacja była konieczna, żeby ułatwić życie mieszkańców i użytkowników systemu. Bo to ich zachowania mogą przynieść wymierne efekty. Z drugiej strony standaryzacja ogranicza szukanie oszczędności w rezygnacji z jakości.

Już teraz zauważalny jest duży wzrost masy zbieranych selektywnie odpadów, w szczególności tych biodegradowalnych, w tym odpadów zielonych. Ale, niestety, brakuje wystarczającej mocy instalacji dedykowanych do przetwarzania tego rodzaju odpadów. A na dodatek plany inwestycyjne – będące załącznikami do wojewódzkich planów inwestycyjnych – takich instalacji nie przewidują, ponieważ w czasie ich tworzenia tych strumieni odpadów nie przewidziano.

Wydaje się, że samorządy wojewódzkie nie powinny czekać na ustawowy termin aktualizacji wojewódzkich planów gospodarki odpadami (WPGO). Zmiany trzeba wprowadzać wtedy, gdy okazuje się to konieczne. W innym przypadku plany opierające się na nieaktualnych już przesłankach mogą stać się przeszkodą, zwykłym dokumentem porządkującym.

Jakie są bariery w rozwoju zbiórki i odzysku surowców?

Selektywne zbieranie odpadów nie może być celem samym w sobie. Ma sens...