Jakiś czas temu, bez konkretnego celu, snułem się leniwie pomiędzy bibliotecznymi regałami szczelnie wypełnionymi książkami, gdy mój wzrok zatrzymał się na grzbiecie z napisem Witold Gombrowicz „Ferdydurke”. Wówczas przed oczami pojawiły mi się sceny rozpoczynające tę powieść. Oto główny bohater budzi się pewnego dnia z poczuciem dyskomfortu psychicznego i wszechobecnego

„lęku nieistnienia”. Nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest – nieopierzonym chłystkiem, czy dorosłym, dojrzałym mężczyzną. Jest rozbity, ma poczucie nieautentyczności, rozkawałkowania i potrzebę odnalezienia własnej formy. I nagle dotarło do mnie niezwykle wyraziście, że obecnie coraz częściej czuję się właśnie tak jak Józio Kowalski, bohater powieści. Ale w moim przypadku za stan ten nie jest odpowiedzialny metaforyczny sen czy też odwiedziny ducha pod postacią sobowtóra. To otaczająca mnie rzeczywistość jest niczym irracjonalny sen, który burzy wypracowane przez lata kanony zachowań i postępowania. Chociaż rodzi się jednocześnie pytanie – dlaczego? Przecież branża wod-kan nie straciła swojego dynamicznego pędu rozwojowego. Można by rzec, że przecież nie ma innego wyjścia. Popyt na usługi z tego obszaru nie maleje, a apetyt na coraz wyższy poziom jakości ich świadczenia ciągle rośnie. 
Przecież się rozwijamy
Firmy wodociągowo-kanalizacyjne skutecznie korzystają ze środków unijnych i wprowadzają do codziennej działalności nowoczesne rozwiązania techniczne i technologiczne. Informatyzacja systemów zarządzania i monitoring jakościowy i ilościowy zbiorczych systemów wodociągowych i kanalizacyjnych stały się chlebem codziennym. Jednak jest jedno „ale”. Gdyby jeszcze tylko tworzący naszą formalną i prawną rzeczywistość dostrzegli, że wystarczy tylko nam nie przeszkadzać i nie utrudniać realizacji naszej misji, aby droga do sukcesów stała się niczym szeroka autostrada bez bramek do pobierania opłat. Rzeczywistość na nasze nieszczęście przypomina jednak ogromny pokój, w którym w szaleńczym, nierealnym tańcu wirują meble, wprawiając w zdumienie przycupnięte w kąciku dziecko przecierające ze zdumienia oczy. Podobne zdumienie towarzyszy od pewnego czasu szefom firm wod-kan, którzy niemal z lękiem oczekują na efekt ogłoszonych postępowań przetargowych. Nie mają bowiem pewności, czy pojawi się chociaż jeden oferent. A jeśli już ten dylemat straci swą aktualność, to pojawia się kolejny strach, czy i o ile wartość oferty będzie wyższa od dyspozycyjnego budżetu i czy postępowanie będzie mogło zostać rozstrzygnięte. Jakby tego było mało, gąszcz niejasnych regulacji prawnych nie tylko się nie przerzedził, ale wręcz zaplątał niczym bluszcz na ścianie starego domu. A to m.in. za sprawą kreatywności centralnego regulatora, który już po zatwierdzeniu trzyletnich taryf wprowadza nową interpretację zasad naliczenia opłat za usługi wodne. Na to nakładają się braki kadrowe w organach udzielających zgody wodnoprawne, co powoduje, iż normą staje się przewlekłość postępowań administracyjnych. Niestabilna sytuacja w obszarach, które mają istotny wpływ na koszty prowadzenia działalności, uzupełnia plejadę strachów. 
Na skraju absurdu
Niekonwencjonalny sposób sprawowania przez rządzących władzy sprawia, że możemy poczuć się niczym zawodnicy, którym kazano rozgrywać zawody na błotnym klepisku z sędziami, co chwilę zmieniającymi jego wymiary i zasady gry. Oczywiście każda z drużyn, każdy z zawodników, z różnym skutkiem i przy różnym poziomie frustracji, próbuje zmienić rzeczywistość, ujednolicić reguły, starając się wprowadzić je na tory logiki i racjonalizmu. Jednak zbyt często zaczyna to przypominać przysłowiową walkę z wiatrakami. Sam zresztą zaczynam odczuwać, że budzi się we mnie natura Don Kichote’a i nie wiem, czy w swoich staraniach zaczynam iść ścieżką obłędu czy bojownika o ideały, kierującego się racjonalnymi dążeniami. Nastroju nie poprawia świadomość tego, że są teorie zakładające, że każdy z nas jest trochę szaleńcem a normalnym staje się to, co jest powszechne i uznane przez większość. A zatem gdybyśmy wszyscy byli szaleńcami, to tzw. „zdrowe jednostki” zostałby uznane za obłąkane. Gdzie więc leży granica pomiędzy równowagą psychiczną a wariactwem? A może czasem łatwiej jest udawać wariata niż zmagać się z życiem? Kiedy kończy się udawanie, a zaczyna choroba? W tych oto okolicznościach niezwykle wyraziście przypomniały mi się odczytane kiedyś słowa Marka Aureliusza: „Panie, daj mi cierpliwość, abym umiał znieść to, czego zmienić nie mogę; daj mi odwagę, abym umiał konsekwentnie i wytrwale dążyć do zmiany tego, co zmienić mogę; i daj mi mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego”. Zatem walczmy o normalność, ale nie zapominajmy, że walka ta ma swoje ograniczenia i zasady, bo w przeciwnym razie możemy ocknąć się w ciemnym zaułku, z którego wyjście będzie lokowało się w kategorii: misja niemożliwa.

Wiesław Kujawski
Prezes Pomorskiego Forum Wodociągowego