Większość Polek i Polaków nie ma świadomości, że tamy i regulacje rzek są szkodliwe dla przyrody i ludzi – zauważa Fundacja WWF, która w komunikacie obala wodne mity i zachęca do podpisania petycji o uwolnienie rzek.

Z badań przeprowadzonych w 2020 r. przez Kantar dla Fundacji WWF Polska wynika, że poziom wiedzy o regulacjach jest bardzo niski. Niemal połowa Polaków (49%) uważa, że tamy nie szkodzą środowisku, 78% społeczeństwa twierdzi, że regulacja rzek jest dobrym narzędziem w walce z powodzią, a ponad połowa obywateli naszego kraju myśli, że transport wodny jest bardziej ekologiczny od kolejowego.

„To pokazuje, jak ważne jest obalanie mitów oraz mówienie prawdy o tamach i regulacjach rzek” – czytamy w komunikacie WWF. Jakie to mity?

Mit nr 1: Tamy i regulacje rzek chronią przed suszą

„Jeżeli myślałeś, że zbiorniki zaporowe, tamy i regulacje rzek chronią przed suszą to żyłeś w błędzie. Co więcej, one suszę nawet pogłębiają!” – czytamy w komunikacie WWF.

„Zbiorniki zaporowe powstają, gdy zbudujemy zaporę w poprzek rzeki. Zatrzymują one wodę w jednym miejscu, zaburzając jej dystrybucję do okolicznych obszarów. Poniżej zbiornika siła erozyjna wody wypłukuje materiał z dna (np. piasek i  żwir), obniżając jego poziom. To prowadzi do spadku poziomu wód w rzece, a w rezultacie także wód gruntowych, co powoduje lokalnie susze. Do tego samego przyczyniają się regulacje rzek, które przyspieszają spływ wody – zamiast zasilić grunty i rzeczne doliny, „tracimy” wodę, która szybciej odpływa do morza.

Co więcej, zbiorniki zaporowe, które nazywane są narzędziem w walce z suszą wręcz przyczyniają się do utraty wody. Woda w zbiorniku stoi, nie jest niesiona nurtem, a więc nagrzewa się i paruje szybciej niż płynąca woda w rzece. Sytuacja ta sprzyja również zakwitom toksycznych sinic, które są niebezpieczne zarówno dla środowiska, jak i ludzi.  Przykładem tego jest zbiornik Siemianówka powstały przez przegrodzenie Narwii, który od kilku lat zakwita praktycznie co roku, uniemożliwiając rekreację i połów ryb lokalnej społeczności.

Mit nr 2: Tamy i regulacje rzek nie szkodzą środowisku

Jak zauważa fundacja, to kolejny fałsz. „To właśnie bariery na rzekach są jedną z głównych przyczyn złego stanu rzek i ginięcia gatunków ryb!” – stwierdza WWF i dodaje, że w ciągu ostatnich 50 lat populacja ryb wędrownych spadła w Europie o 93% między innymi powodu przegradzania rzek.

„Bariery przerywają szlaki wędrówek organizmów wodnych i uniemożliwiają im przemieszczanie się w górę i w dół rzeki np. w celu odbycia tarła, znalezienia pożywienia, schronienia lub odpowiednich miejsc do bytowania. Niektóre bariery wyposażone są w przepławki (konstrukcje, które mają umożliwiać rybom przepłynięcie przez barierę), lecz te o ile działają to tylko w jedną stronę, często są źle skonstruowane lub zaniedbane. Projektowane są też pod konkretne gatunki ryb, więc nie każda ryba ma tyle szczęścia, aby z nich skorzystać” – czytamy.

Przedstawiciele WWF dodają też, że regulacja rzeki zwykle polega na wyprostowaniu jej biegu i pogłębieniu koryta, a często również ograniczeniu doliny rzeki wałami zbudowanymi wzdłuż jej nowego koryta. Niszczy to bezpowrotnie naturalne formy dna, brzegów i doliny rzeki, od których zależy bogactwo związanych z rzeką gatunków roślin i zwierząt, które z tego powodu zaczynają z takiej rzeki zanikać.

Mit nr 3: Regulacje rzek i wały przeciwpowodziowe chronią przed powodzią

Wydawać by się mogło, że gdy wyregulujemy rzekę i zbudujemy wały, to zapewni nam to bezpieczeństwo podczas powodzi. Nic bardziej mylnego” – stwierdzają przedstawiciele WWF.

„Najwyższy czas odejść od postrzegania regulowania i „poskramiania natury” jako sposobu na radzenie sobie z jej siłami, gdyż zazwyczaj osiągamy przeciwny rezultat. Regulacja rzek najczęściej prowadzi właśnie do przyspieszenia spływu wody, a więc zwiększenia fali powodziowej. Wyprostowana, pogłębiona lub wybetonowana rzeka jest jak rynna, która niesie wodę. Siła fali powodziowej jest większa i płynie ona szybciej niż w naturalnej, krętej rzece, gdzie woda ma szansę się rozlać, spowolnić na meandrach (zakrętach) i roślinnych brzegach (które działają jak gąbka)” – argumentują przedstawiciele fundacji i dodają, że „budowane za ogromne pieniądze obwałowania czy pogłębianie rzek tworzą iluzję bezpieczeństwa i powodują niekontrolowany wzrost gęstości zaludnienia i rozwój infrastruktury na terenach zalewowych” – piszą.

Zauważają też, że koszt budowy wałów jest wysoki i wymagają one nieustającej konserwacji. „Chronią one wprawdzie przed mniejszymi zalaniami, ale w przypadku bardzo dużych i długotrwających powodzi mogą zawieźć” – czytamy na stronie WWF.

Jej przedstawiciele piszą, że najefektywniejszą, najtańszą i najbardziej trwałą metodą ochrony przeciwpowodziowej jest oddanie rzece na pewnych odcinkach jej naturalnej przestrzeni. Ogromną rolę odgrywają tu szerokie rozlewiska, tereny podmokłe, nadrzeczne łąki i lasy łęgowe, które spowalniają przepływ wody i obniżają falę powodziową.

Mit nr 4: Energia wodna to zielona energia

„Wbrew pozorom produkcja energii w hydroelektrowniach jest obarczona wysokim kosztem zniszczenia środowiska (ponieważ trzeba postawić zaporę na rzece) i produkcji gazów cieplarnianych (np. metan, dwutlenek węgla), które wydostają się ze zbiorników zaporowych” – stwierdzają przedstawiciele WWF.

Szacują, że hydroelektrownie odpowiadają za 7% światowych emisji gazów cieplarnianych, wynikających z działalności człowieka. „Budowa hydroelektrowni niszczy rzekę, zmienia stosunki wodne (często powodując susze na pobliskich terenach), przerywa ciągłość rzeki wstrzymując migracje ryb (co prowadzi do ginięcia gatunków) oraz prowadzi do zwiększenia wylesiania. Nie możemy zatem nazywać jej „zieloną energią” – stwierdza Fundacja.

„W 2017 roku 700 małych elektrowni wodnych, będących śmiertelnym zagrożeniem dla ryb i całych ekosystemów związanych z rzekami, wyprodukowało jedynie 0,22% energii wyprodukowanej w Polsce. Jak widać, jest więc to bardzo nieefektywny sposób pozyskiwania energii, przy dużych kosztach środowiskowych, otrzymujemy bardzo małe ilości energii” – podsumowują jej przedstawiciele.

Mit nr 5: Żegluga śródlądowa jest opłacalna, tania i ekologiczna

Budowa dróg wodnych na rzekach byłaby kilkukrotnie droższa niż modernizacja i rozbudowa kolei,  szacowane są na 34mld zł. „Według strony rządowej, na samą tylko regulację rzek na potrzeby żeglugi trzeba by wydać 76 mld zł, chociaż kwota ta jest najprawdopodobniej niedoszacowana” – uważa WWF.

I dodaje, że aby barki mogły popłynąć nie wystarczy tylko wyregulować rzeki. Konieczne będzie także podniesienie wielu mostów, przebudowa i budowa nowych dróg dojazdowych, czy choćby miejsc przeładunku/rozładunku towarów. „Całościowe koszty inwestycji zatem wyniosą ok. 237 mld zł, a utrzymanie całej infrastruktury co roku będzie musiało być dotowane (z pieniędzy publicznych)” – czytamy w komunikacie.

Jak zauważa koszty inwestycji poniosą obywatele, a zysk osiągną wyłącznie prywatne firmy transportowe. Dodaje przy tym, że także pod tym względem lepsza jest kolej, które rozbudowa posłuży całemu społeczeństwu. „Transport wodny nie spełnia wymagań nowoczesnego transportu, który stawia na możliwie jak najszybszy dowóz towarów oraz dostarczenie ich „od drzwi do drzwi”, a z barek i tak trzeba będzie przeładowywać towar do pociągów lub tirów” – pisze w komunikacie WWF.

„Ponadto, rozwój transportu rzecznego wiąże się z ogromnymi trwałymi przekształceniami rzek i ich dolin, zwiększonym zagrożeniem powodzią i suszą oraz zwiększoną emisją gazów cieplarnianych ze zbiorników zaporowych. Kosztów, tych nie da się nawet oszacować. Bezsensowność tej inwestycji kwituje fakt, że ze względu na zbyt małą ilość wody nasze rzeki mogą być żeglowne jedynie kilka miesięcy w roku.  Żegluga śródlądowa nie jest zatem ani opłacalna ani ekologiczna” – podkreślają.

Petycje w sprawie wstrzymania budowy nowych tam oraz rozbiórki tych niepotrzebnych, skierowaną do Ministerstwa Infrastruktury, można podpisać tutaj.

Źródło: WWF Polska

Czytaj więcej

Skomentuj