Wojna w Ukrainie uświadomiła nam wszystkim, jak szybko i znienacka może nas dotknąć konflikt zbrojny. Czy jesteśmy na niego gotowi? Szczerze mówiąc, uważam, że nie. W Polsce, w przeciwieństwie do innych państw zagrożonych konfliktami czy terroryzmem, nie przywiązuje się aż tak dużej wagi do zapewnienia bezpieczeństwa infrastruktury krytycznej, w tym – chyba najważniejszej dla nas wszystkich – związanej z wodą pitną.

Przeciętny człowiek powinien pić 2–2,5 l wody dziennie, do tego dochodzą potrzeby związane z utrzymaniem czystości i higieny. Przyjmuje się, że jedna osoba w gospodarstwie domowym odprowadza 80–120 l ścieków dziennie. Odcięcie dostaw wodociągowych przez jeden dzień jest do wytrzymania. Konieczność zapewnienia dostaw wody beczkowozem przez kilka dni – mimo że denerwujące i uciążliwe – pozwala na zapewnienie minimum normalności. A co w przypadku, gdy nie działają wodociągi i nie ma możliwości dowozu beczkowozem, a woda butelkowana w sklepach została wyprzedana?

Wojna o wodę

Dostęp do wody jest podstawowym dobrem, niezbędnym człowiekowi do funkcjonowania, a przez to stanowi doskonałe narzędzie kontroli i nacisku społeczno-politycznego. Po dziś dzień wybuchają zatargi związane z dostępem do zasobów wodnych, głównie w krajach południowych, gdzie ze względu na klimat występują jej niedobory. Źródłem konfliktu miedzy Izraelczykami, Palestyńczykami i Jordańczykami są wody rzeki Jordan. Do dolnego biegu rzeki dociera niewiele wody, która jest dodatkowo tak skażona, że wykrycie w niej jakichkolwiek organizmów jest powodem do świętowania. Susza i rosnące zaludnienie tylko pogarszają...