Historia architektury krajobrazu na stałe wiąże się z bardzo różnym stosunkiem twórców do dzikiej, spontanicznej przyrody. Jeszcze parę lat temu architekci krajobrazu pogardzali tego typu roślinnością w miastach. Obecnie, dążąc do mniejszej energochłonności obiektów architektury krajobrazu, coraz śmielej sięga się po tego typu zbiorowiska.

Architekci krajobrazu dawniej dziką przyrodę nazywali chwastami, bezwzględnie ją tępili, także za pomocą środków chemicznych (herbicydów). W efekcie doprowadzono do wyrzucenia dzikiej przyrody z naszych miast. Teraz nadszedł czas, aby zaprosić ją z powrotem. A właściwie nie trzeba jej zapraszać, ona już tu jest. Trzeba tylko dostrzec jej wartości przyrodnicze i społeczne.

Dążąc do mniejszej energochłonności obiektów architektury krajobrazu, badacze zwracają baczną uwagę na roślinność spontaniczną, ruderalną, dziką, która sama, bez nakładów i wydatkowania energii ze strony człowieka, zagospodarowuje tereny opuszczone i zdegradowane. Odznacza się dużą samoregulacyjnością, odpornością, adaptacyjnością, różnorodnością i zmiennością oraz silnym związkiem z danym siedliskiem. Przyrodą nieużytków urbanistycznych można skutecznie zarządzać, różnicując zakres dopuszczalnej ingerencji i integrując aspekty ekologiczne i krajobrazowe.

Coraz śmielej w architekturze krajobrazu pojawiają się koncepcje rehabilitujące roślinność spontaniczną. Półnaturalne łęgi nadwiślańskie są dumą mieszkańców Warszawy, ulubionym miejscem spacerów osób poszukujących ciszy i lubiących obserwować dzikość w przyrodzie. Nastąpiło oswojenie roślinności dzikiej w miastach (synantropijnej). Przestaliśmy nazywać ją chwastami (poza uprawami rolniczymi i ogrodniczymi), zwalczać ją. Coraz częściej zachwycamy się jej urodą i użytkowością. Prekursorem wśród architektów kraj- obrazu w Polsce, który zwrócił...