Problem z Budżetami Obywatelskimi jest jeden! Często słyszałem na spotkaniach działaczy i aktywistów miejskich, w kuluarach różnych spotkań, odbywających się jak Polska długa i szeroka: Z roku na rok coraz bardziej są nieobywatelskie! A szkolne, parkingowe, chodnikowe i łatające dziury w budżetach spółdzielni mieszkaniowych. 

Wygrywają molochy, które na różne sposoby, starają się zdobywać jak największą liczbę głosów. A to wrzucając karty do głosowania z zaznaczonymi projektami mieszkańcom do skrzynek pocztowych, a to podsuwając rodzicom w szkołach – bo dzieci muszą mieć fajne koszulki i pomalowaną salę gimnastyczną. Budżety Obywatelskie (BO) z roku na rok się wypaczały, jak programy konsultacji społecznych realizowane przez niejeden samorząd w naszym kraju, podczas prowadzenia projektów „rewitalizacji po polsku”!

Ale dobrze, skończę jedynie z krytyką. Trzeba również szczerze powiedzieć, że widoczny jest proces odwrotny od wspomnianego. Wielu urzędników zauważyło to, co się dzieje, a wielu działaczy i aktywistów miejskich w dyskusjach i na spotkaniach zgłosiło swoje uwagi do regulaminów. Minęło kilka edycji i coś się pozmieniało. W niektórych przypadkach udało się np. podzielić projekty na małe i duże tak, aby właśnie te nieduże wspólnoty obywatelskie miały szanse ucieszyć się z tego, że wygrały. Ale jednak nader często, nawet w tych dobrych przypadkach, projekty związane z przestrzenią, nadal ograniczają się do betonu – najważniejszego kamienia w naszym życiu. 

Aktywizacja niech pójdzie krok...