Czyż nie jest czystą magią sytuacja, w której Polak, tuż po przekroczeniu granicy, staje się posłusznym obywatelem w Niemczech, Irlandii, Anglii albo Szwecji i wszystkie swoje domowe odpady posłusznie dzieli i wrzuca, gdzie trzeba? W kraju zazwyczaj nie chciał odpadów segregować, sortować, odzyskiwać ani poddawać recyklingowi, bo przecież w Polsce obywatele tego nie robią. Nie do pomyślenia jest również to, żeby w kraju, do którego wyemigrował, pokątnie, w nielegalny sposób pozbywał się odpadów. Czy to cud? Czy po przekroczeniu granicy „ekologiczne tłumoki” stają się niemal działaczami Greenpeace’u? Może zatem zamiast wydawać miliony złotych na edukację ekologiczną, warto ufundować naszym obywatelom wycieczkę zagraniczną? Oczywiście mówimy wyłącznie o państwach zza naszej zachodniej granicy. Nie zaryzykowałbym tego w przypadku podróży na Wschód. Warto rozważyć wyjazd do Niemiec zamiast spotów edukacyjnych promujących recykling w telewizji, a w miejsce akcji „Sprzątanie świata – Polska” pobyt w Szwecji. A może wyprawa do Szwajcarii wystarczyłaby, żeby zlikwidować 40 organizacji odzysku działające na rzecz wspólnego recyklingowego dobra, a środki, którymi zarządzają, przeznaczyć na podwyżki dla nauczycieli? Równie zastanawiające jest, czy taka ambitna podróż od Berlina aż do Madrytu nie wystarczyłaby, żeby Ministerstwo Środowiska stało się zbędne? Ile oszczędności i jak wiele korzyści. Ludzie będę podróżować, a później wzorowo dbać...