Wojciech Sz. Kaczmarek

No, to jesteśmy w nowym roku. Przy okazji wszystkim czytelnikom składam życzenia, by był on szczęśliwy i tak spokojny, jak to w naszej rozedrganej sytuacji jest możliwe. Nie składam życzeń spełnienia oczekiwań, gdyż mogą się one okazać na tyle sprzeczne, iż mogą się wzajemnie wykluczać.
Jesienią ub.r. na wszystkie
strony odtrąbiono utworzenie nowego, dwupartyjnego układu politycznego, który powstał w wyniku aktywności dwóch partii i zmarginalizowania wszystkich pozostałych. Kwestią do wyjaśnienia pozostało jedynie, która z owych dwóch wygra wybory i w jaki sposób. Miało to być probierzem ich głębokiego zakorzenienia w społeczeństwie, nie tylko tym wielkomiejskim, ale również w „terenie” – słowo coraz chętniej używane przez wielkich warszawskich polityków i wtórujących im dziennikarzy – oraz poparcia dla głoszonych z takim żarem haseł. Poparcie miało wyrazić się zwycięstwem „naszych” kandydatów w bezpośrednich wyborach burmistrza oraz, oczywiście, „naszych” radnych. Wybory pokazały jednak, iż najsłodszy owoc zwycięstwa – burmistrzowie – został skonsumowany przez kogoś zupełnie innego. Tych niezależnych.
Rodzi to, niestety, pewien problem natury praktycznej. Skoro burmistrzami zostały osoby deklarujące się jako niezależne, a czasem wręcz kandydujące i wygrywające wbrew opiniom i wskazaniom decyzyjnych, partyjnych gremiów, to jaka jest ich relacja z „prawidłowo” wybranymi władzami rządowymi?
Relacje rząd – samorząd nigdy i nigdzie nie były usłane różami. Konflikt wbudowany jest w samą filozofię obu tych „ciał”. Nie mogą go zasłonić żadne deklaracje i manifesty. Istnieje on po prostu od czasu, kiedy silniejsi zaczęli sobie podporządkowywać słabszych i utożsamiać swój interes z interesem ogółu. Mam wrażenie, iż konflikt ten musiał dotyczyć również wspólnot plemiennych. Różnie radzono sobie z tym problemem na przestrzeni wieków, ale to dłuższa historia.
Trzymając się historii lat ostatnich, można pokusić się o stwierdzenie, że administracja samorządowa przez cały czas mniej lub bardziej uwierała tę centralną. To coś, co wymyka się spod kontroli, a zwłaszcza wpływów. Załamanie znaczenia samorządu nastąpiło w 1998 r. i potem było już coraz gorzej. Obecnie doszliśmy do etapu, na którym każda niezależna instytucja, jak wynika z medialnego opisu sytuacji, staje się z gruntu podejrzana i należy ją natychmiast sprowadzić do właściwych wymiarów. Najprostszą drogą jest zapewnienie właściwego doboru kadr, o czym mówił już Włodzimierz Ilicz i zapewne też sam tego nie wymyślił. Jeżeli jednak to rozwiązanie zawodzi, pozostaje inna metoda – poddanie wszystkiego możliwie jak najściślejszej kontroli, tak by samodzielne działanie stało się niemożliwe. Otwiera to co najmniej dwa interesujące warianty. Oskarżając o brak samodzielności, można dokonać, i to przy aprobacie opinii społecznej, pożądanych zmian lub sterując kontrolą, wymuszać oczekiwane działania. To drugie jest oczywiście bardziej pracochłonne, ale wygodniejsze marketingowo. W końcu zawsze można pokazać – patrzcie, kierownictwo nie należy do naszych zwolenników, ale, jak widać, realizuje właściwą linię programową. Wybór alternatywy jest rzeczą gustu, cierpliwości i czego tam jeszcze.
W przypadku samorządu terytorialnego metoda pierwsza jest dość niewygodna w realizacji, bo jednak podpisano jakąś Europejską Kartę, jest jakaś europejska opinia publiczna, mogą pojawić się kłopoty w Brukseli i w ogóle nie wiadomo, co oni tam jeszcze „wykombinują”. Czyli wracamy do metody drugiej.
Instytucje samorządowe kontrolowane są przez RIO, NIK, samorządowe kolegia odwoławcze, sądy administracyjne i ostatnio coraz częściej również, co prawda w specyficzny sposób, przez prokuraturę. Ma to jednak tę podstawową wadę, iż nie dotyczy merytorycznej strony działania. Za pomocą działań prokuratorskich trudno jest ocenić celowość inwestycji czy efektywność współpracy międzynarodowej.
Załatano kolejną dziurę w systemie. Czekajmy na ciąg dalszy.

Tytuł od redakcji