Od kilku lat powraca w Polsce debata na temat systemu gospodarki odpadami. Kto komu ma płacić, jak i za co? Pomijam tutaj „niepodważalne” prawdy typu: „Polska jako jedyna oparła się monopolowi gminy” (i czy chwała jej za to?), „Mamy 20 lat doświadczeń w dziedzinie reformowania tego systemu i należy te próby kontynuować” (jak długo jeszcze?) czy „Trzy śmieciarki na tej samej ulicy są lepsze od jednej” (efekty akustyczno – ekonomiczne i dodatkowe miejsca pracy mobilnej?).
Jest to generalnie stanowisko prezentowane przez jedną stronę debaty. Dlatego miłą dla mnie niespodzianką był artykuł w „Przeglądzie Komunalnym” 2/2010 autorstwa Mariana Mazurka „Rewolucja czy ewolucja?”, firmowany przez PIGO, gdzie znalazły się tezy i argumenty, które uznaję za racjonalne i niepozbawione zasadności. Różnimy się tylko nieco we wnioskach wyciąganych z tak poczynionych założeń.
„W sferze użyteczności publicznej (…) podstawowym celem jest realizacja zadań w sposób optymalny”. W pełni się z tym zgadzam. Optymalność cen i jakości usług oraz zachowanie zgodne z zasadami gospodarki rynkowej zapewnia organizowanie się klientów w większe grupy, co umożliwia zakup tego samego towaru/usługi po znacznie lepszej cenie i/lub z dodatkowymi bonusami. Kosztem ubocznym tego typu transakcji jest standaryzacja towaru/usługi, ale w przypadku odbioru odpadów jest to raczej zaleta niż wada. W imieniu mieszkańców taką „grupą zakupową” może być ich samorząd terytorialny (gmina), który ustawowo powołany jest do realizacji tego typu zadań.
Generalnie mieszkańcy są za takim rozwiązaniem ze względu na zarówno wrodzone lenistwo (niech inni zrobią to za mnie), jak i skąpstwo (ceny są niższe – patrz Pszczyna, Legionowo, Komorniki – gdzie ten system działa). Dowodzą tego wyniki referendów gminnych, które są zawsze pozytywne, jednak mało kiedy ważne z uwagi na wydumany, 30-procentowy próg frekwencji (i znów to lenistwo rodaków…). Dla snobów i ludzi, którzy chcą mieć wyższy standard usługi, np. odbiór odpadów połączony z dostawą porannej prasy i ciepłych bułeczek, pozostaje zawsze w pełni wolny rynek. W końcu mamy demokrację i każdy ma prawo marnować swoje pieniądze na co chce. Sądzę jednak, że tacy ekstrawaganci są w zdecydowanej mniejszości.
 „Absorpcja środków unijnych nie jest celem samym w sobie, lecz instrumentem wspierającym pożądany model gospodarki odpadami”. I tutaj podpisuję się dwiema rękami. Środki te, które są naszą epokową szansą i mogą się już nie powtórzyć, należy wykorzystać właściwie. Niepokojem napawa mała ilość projektów „odpadowych” w porównaniu z przedsięwzięciami wodno-ściekowymi, których jest kilkakrotnie więcej. Przyczyn jest tutaj kilka. Jedną z nich jest niemożność zagwarantowania strumienia odpadów na wejściu do instalacji, a przede wszystkim struktury tego strumienia, do którego musi zostać dopasowana technologia przetwarzania. Jak można projektować i budować obiekt, kiedy nie wiadomo, w jakiej ilości i jaki produkt do niego trafi i będzie w nim przerabiany? Aspekt ekonomiczny takiego przedsięwzięcia również jest wielkim znakiem zapytania, a studium wykonalności winno być zlecane wróżce – sp. z o.o. Innym elementem tej układanki jest losowo ustalana stawka opłaty za składowanie odpadów z losowaniem odbywającym się przeważnie w ostatnich dniach grudnia. Ostatnio wylosowano ok. 4%.
„Radykalna zmiana systemu, którego ewentualne wdrożenie potrwałoby minimum trzy lata, zapewne temu nie pomoże, a może wręcz zaszkodzić”. Jestem przeciwnikiem radykalizmu i wolę konsekwentne dążenie do wytyczonego celu. A jest on znany – są nim systemy skutecznie sprawdzone we wszystkich krajach „starej” Unii i uważam, że odkrywanie „trzeciej drogi do socjalizmu” nie jest najlepszym wyborem. Chyba lepiej korzystać ze sprawdzonych wzorców niż błądzić po manowcach, po których jesteśmy wodzeni przez ostatnie 20 lat.
„Najprawdopodobniej nie będzie on (projekt) zgodny z Konstytucją RP…”. Tutaj pozwolę sobie nie zgodzić się. Bo czy jest zgodne z Konstytucją RP ekonomiczne motywowanie mojego sąsiada do codziennego uprzyjemniania mi życia wąchaniem palonych przez niego odpadów, których on „nie wytwarza”, tylko przetwarza termicznie w swoim domowym SMOK-u (Spalarnia Moich Odpadów Komunalnych)? Czy zgodne z Konstytucją jest płacenie przez „krezusów” zamieszkujących w blokach i mieszkaniach komunalnych, posiadających otwarte śmietniki, za podrzucane im przez „nieznanych sprawców” śmieci? Czy zgodne z Konstytucją jest płacenie przez mieszkańców w spółdzielniach mieszkaniowych jednolitych stawek, będących faktycznie tak krytykowaną opłatą śmieciową (nie mylić z podatkiem, płacenie którego jest obligatoryjne, ale za który nic konkretnego danemu obywatelowi się nie należy), a której naliczanie, ustalanie i rozliczanie owiane jest często tajemnicą? Nie spotkałem się z przetargiem na odbieranie odpadów, ogłaszanym przez spółdzielnię.
Podsumowując, opłata śmieciowa, będąca formą zakupu grupowego, pozwoli na obniżenie cen oraz likwidację przydomowych SMOK-ów i wzajemnego oszukiwania się, kto i ile odpadów wytwarza, a ile podrzuca i komu. Pozwoli też na obniżenie opłat, czego przykładem są gminy po udanym referendum, których mieszkańcy za pełny serwis płacą mniej niż inni za usługę często ułomną i szytą na miarę możliwości firmy ją realizującej.
Pozostaje tylko mediacyjne rozwiązanie problemu praw nabytych, które winny wygasnąć z czasem, i logicznego tworzenia warunków przetargowych na obsługę danego obszaru gminy. Prawo zamówień publicznych daje w tym zakresie bezpieczeństwo jawności wyłaniania najbardziej optymalnych wykonawców usługi. Chyba że każdą gminę z góry uznamy za prawnie usankcjonowaną mafię z elementami samorządu terytorialnego? Dodatkowym efektem ubocznym systemu jednolitej opłaty śmieciowej, pobieranej przez gminę, jest odstąpienie od orwellowskiej wizji państwa śmieciowego, śledzącego każdego obywatela oraz jego kubeł na śmieci i każdą śmieciarkę z odpadami. Realizacja takiego modelu demokracji nie przystoi w państwie europejskim XXI w.
Chyba jednak taniej i lepiej skorzystać ze sprawdzonych przez lata wzorców niż chować głowę w piasek i udawać, że wciąż odkrywa się „trzecią drogę”. Przebudzenie z tego snu może nas bowiem drogo kosztować.
 
 
Piotr Szewczyk,
ZUOK „Orli Staw”
 
 
Tytuł od redakcji